sobota, 22 lutego 2014

Rozdział 15


Katlin

- To nie jest dziecko twojego taty- powiedziała moja matka. Łzy płynęły jej ciurkiem po policzkach, ale mnie to nie obchodziło. Wpadłam w furię.
- POWIEDZ, ŻE ŻARTUJESZ- zażądałam.
- Daj mi wytłumaczyć. Wcale nie jest tak, jak myślisz.
-  A JAK?- krzyknęłam.
- Ja tego nie chciałam, naprawdę- zaczęła wyjaśniać, ale ja nawet nie miałam zamiaru jej słuchać.
- Jesteś świetną aktorką- zaszydziłam- Jest Ci pewnie na rękę to, że ojca już nie ma. Będziesz mogła się puszczać z kim chcesz!
- Jak możesz?- zapytała.
- Zdradziłaś tatę- wycedziłam przez zęby.
- Wiem, ale…- zaczęła jednak jej przerwałam.
- Nie chcę tego słuchać, rozumiesz?- ponownie podniosłam swój ton- Trzymaj się ode mnie z daleka. Nie chcę Cię znać!
- Jestem twoją matką…
- JA JUŻ NIE MAM MAMY!- wydarłam się, po raz kolejny jej przerywając. Łzy płynęły mi po policzkach, ale ignorowałam je. Niemal wybiegłam z tego przeklętego pokoju trzaskając drzwiami. Nie odwróciłam się za siebie. Szłam szybkim krokiem rycząc w najlepsze. Nie wiedziałam dokąd idę, ale kiedy zobaczyłam zatroskaną twarz Justina, który zmierzał w moim kierunku – dowiedziałam się. Wszystko czego teraz potrzebowałam to jego ciepło.
***
Stałam niemalże nieruchomo drżącą ręką trzymając parasol. Znajdowałam się na cmentarzu razem z kilkudziesięcioma innymi osobami. To był ten dzień- pogrzeb taty. Przez ostatnie dni wiele się działo. Byłam pochłonięta ogromem różnych spraw, między innymi uciszaniem mediów, co było niezwykle trudne. Od czterech dni nie zmrużyłam oka, ani nic nie zjadłam. Byłam świadoma tego, że w każdej chwili mogę zemdleć, ale póki jeszcze się to nie stało wszystko było okej. Caroline, Harry i reszta moich przyjaciół byli ze mną cały czas. Gdy tylko dowiedzieli się o … no wiecie od razu przyjechali. Odpychałam ich jak tylko mogłam, ale oni mimo wszystko pchali się z łapskami do mojego życia, które pozbawione było wszelkich barw. Jeśli chodzi o mamę… nie odzywałam się do niej i dzięki Bogu nie pojawiła się na pogrzebie. Nie zniosłabym jej widoku. Z tego co wiem nadal jest w szpitalu. Naprawdę mnie to nie obchodzi.
- Katlin- szepnął do mnie Harry wyrywając mnie z zamyślenia- twoja kolej.
-Dziękuję- powiedziałam cicho, po czym wyszłam na środek. Spojrzałam na grób taty i odezwałam się pełnym emocji głosem- Nienawidzę pogrzebów, wiecie?- miałam przygotowaną wcześniej mowę, ale w ostatniej chwili stwierdziłam, że tata życzyłby sobie, abym na jego ostatnim pożegnaniu mówiła prosto z serca- Od dziecka rodzice zabierali mnie na nie, a ja nigdy nie wyrażałam do tego chęci. Myślę, że mnie rozumiecie- naprawdę w dupie miałam to, że byli tutaj najważniejsi prawnicy w całym Jacksonville. Mówiłam do rodziny- Często żegnałam nieznane mi osoby i zawsze zastanawiałam się dlaczego ludzie płaczą. Nie powinni. Założę się, że w niebie jest lepiej. Tak samo mawiał mi tata. Teraz jednak rozumiem ich doskonale. Przez ostatnie dni nie robiłam nic innego jak tylko mazałam się i za chwilę zapewne znów to zrobię. Tatusiu- spojrzałam na grób- dlaczego mnie zostawiłeś w chwili kiedy najbardziej Cię potrzebowałam? Nie zdążyłam nawet się pożegnać- łzy mimowolnie popłynęły mi po policzkach- Tutaj ostrzeżenie dla Was- zwróciłam się do tłumu ludzi- Traktujcie najbliższych w sposób jakbyście mieli nigdy więcej ich nie zobaczyć, bo nigdy nie wiadomo kiedy ich zabraknie. Śmierć jest nieprzewidywalna - zatrzymałam się na moment- Tak naprawdę nie dociera do mnie to, że taty już nie ma, że już nigdy się do niego nie przytulę, nie powiem, że go kocham, a nawet nie chcę przyjąć do siebie myśli, że już nigdy się z nim się pokłócę. To straszne- rozejrzałam się po ludziach. Większość płakała razem ze mną, co bardzo mnie zdziwiło, bo mówiłam bez ładu i składu- Mimo to wszystko tatuś zawsze będzie przy mnie. W moim sercu. Nie ważne jest to, że nie ma go tutaj ze mną materialnie. Jako duch zawsze będzie mnie wspierał, pomagał podejmować właściwie decyzje. Wiem, że nie zostawiłby mnie tutaj, na tym okropnym świecie, bez opieki, którą sam mi zapewni. Jestem pewna, że obserwuję tą przemowę z góry i kiwa głową na znak, że mówię prawdę. Kocham Cię tatusiu i zawsze będę- powiedziałam kierując głowę ku niebu, po czym wtopiłam się w tłum. Wpadłam prosto w ramiona Harrego.
-Byłaś świetna- powiedział.
- Daj spokój. Każdy wie, że wypadłam beznadziejnie- warknęłam i oddaliłam się od niego. Nie poszedł za mną, bo wiedział, że i tak go odtrącę, jak setki razy w poprzednich dniach. Ksiądz odprawiał dalszą część końcówki uroczystości, ale ja już go nie słuchałam. Pogrążona byłam we własnych, żałobnych myślach.
***
Po skończonej uroczystości każdy podchodził i składał mi kondolencje. Większość wypytywała również o matkę, ale ignorowałam te pytania. Postanowiłam, że nie będę urządzać żadnej stypy, ani nic w ten deseń, dlatego też, cała rodzina, jak przyjechała tak szybko wyjechała po pogrzebie. Bardzo milusio, że nikt nie zainteresował się mną, jak sobie radzę, nie porozmawiał ze mną. Kochana rodzinka.
- Katlin- powiedziała Caroline mocno mnie przytulając.
- Chcę zostać sama- powiedziałam pewnie- Posiedzę tutaj przez chwilę.
- Proszę Cię, nie odtrącaj nas.
- To nie tak. Nawet nie zdajesz sobie sprawy jak wiele rzeczy na mnie spadło ostatnio. A wiesz co jest najgorsze? To jeszcze nie koniec. Nadal pozostaje sprawa policjantów, testamentu i mojej matki.
- Zawsze jestem z Tobą, pamiętaj o tym- pocałowała mnie w policzek.
- Wiem, dziękuję. Mocno Cię kocham- powiedziałam, po czym oddaliłam się od niej. Przy grobie kręciło się jeszcze parę osób, ale zobaczywszy mnie szybko się zmyły. Ekipa, która zakopywała zwłoki ojca również zamierzała opuścić cmentarz. Po chwili pozostałam tylko ja pośród kilkuset wieńców okalających grób taty. Usiadłam na ławeczce nie zważając na to, że była cała morka od deszczu, który padał. Już nie trzymałam nas sobą parasola. Nie miałam na to siły, ani ochoty.
- Widzisz tato- odezwałam się cicho- Nic już nie jest takie samo. Minęło tylko kilka dni, ale..- łzy mimowolnie zaczęły tworzyć się w kącikach oczu- Mam wrażenie, że nie ma Cię bardzo długo. Okropnie mi Ciebie brakuje. Nawet naszych kłótni. Oddałabym wszystko, żebyś mógł być tutaj teraz. Jeszcze ta sytuacja z mamą. Nie przyszła nawet na twój pogrzeb! Jest w ciąży z jakimś kutasem. Nie wiem co mam o tym myśleć. Z tego co słyszałam to jutro wypisują ją ze szpitala. Ugh, wiem, że nie mam wyjścia i będę musiała z nią mieszkać, ale to takie trudne. Wszystko zaczęło się od tego pocałunku z Justinem. Nadal tak bardzo żałuję. Harry i Caroline są dla mnie ogromnym wsparciem, a ja jestem taka okropna i brutalnie ich zdradziłam. Czuję do siebie odrazę. Bardzo chciałabym im powiedzieć, ale nie dam rady znieść nienawiści z ich strony. Jestem egoistką, wiem. Przepraszam tato. Przepraszam za to, że nie jestem idealną córeczką, ale proszę uwierz, bardzo bym chciała nią być- zakończyłam swój monolog cała zapłakana. Właściwie ostatnio nie robiłam nic innego. Wstając zachwiałam się na nogach. Wcale nie zdziwiłabym się gdybym zemdlała. Od czasu feralnego wypadku nie zjadłam kompletnie nic, a snu również było jak na lekarstwo. Nie był to żaden rodzaj buntu. Po prostu czułam, że kiedy tylko jakiekolwiek jedzenie znajdzie się w moich ustach natychmiast zostanie zwrócone.
***
Siedziałam w pustym i ciemnym domu kompletnie sama. Wszędzie porozrzucane były śmieci, których nie chciało mi się posprzątać. W pewnej chwili mój telefon zaczął dzwonić. Początkowo go ignorowałam, ale kiedy byłam pewna, że osoba się nie podda niechętnie odebrałam.
- W końcu odebrałaś!- usłyszałam ciepły głos mojej przyjaciółki. Wiem, że nie powinnam, ale mimowolnie się skrzywiłam. Ona wraz z Hazzą nieustanie posyłali mi współczujące i pełne troski spojrzenia, których nie potrzebowałam. Jeśli mam być szczera miałam wrażenie, że potrzebna mi osoba, która swoim podejściem do życia i nienawiścią do mnie postawi mnie choć trochę na nogi. Wcale nie pomyślałam o Justinie, w ogóle.
- Ciebie też miło słyszeć- zdobyłam się na przyjazny ton.
- Tak sobie siedzimy właśnie i pomyślałam, czy nie chcesz żeby do Ciebie wpaść?- zapytała kompletnie mnie ignorując.
- Z kim wpaść do mnie?- zapytałam zdezorientowana.
- No, a jak myślisz?
- Emmm, nie wiem?- znaczy się podejrzewałam, że powie mi, że jest z brunetem, ale co tam, będę wredna i dociekliwa.
- Harrym i Justinem- powiedziała, a ja zrobiłam minę w stylu ‘tego się nie spodziewałam’. Szkoda tylko, że nie mogła mnie zobaczyć.
- Co ty z nimi robisz i dlaczego jeszcze się nie pozabijali?- zapytałam kompletnie wybita z panatykułu.
- Długa historia, opowiem Ci jak już będziemy u Ciebie- odezwała się tym swoim jak zawsze kochanym tonem, po czym szybko się rozłączyła. Aha. Nic z tego nie rozumiałam. Zadzwoniła do mnie tylko po to, żeby powiedzieć mi, że jest z chłopakami i, że zaraz do mnie przyjadą. Nie no super. Tylko teraz tego potrzebowałam. Niechętnie wstałam z kanapy i  udałam się do włącznika światła, aby następnie ogarnąć dom choć trochę. W gruncie rzeczy nie było aż tak źle jak mi się wydawało. Pomijając porozrzucane papierki po jedzeniu i ubrania było całkiem przyzwoicie. Po upływie pół godziny uporałam się ze wszystkim. Podczas sprzątania zauważyłam pewną dosyć ciekawą dla mnie rzecz- oderwałam się na chwilę od ponurych myśli. To znaczy ciągle czułam na sobie ciężar ostatnich wydarzeń, ale moją głowę zaprzątały inne rzeczy. Spodobało mi się to dlatego postanowiłam, że jutro dokładnie wysprzątam całą posiadłość. Przy okazji, zdałam sobie sprawę, że w następnym tygodniu będę musiała wrócić do szkoły, co wcale mi się nie uśmiechało. Moje rozmyślania przerwał dzwonek do drzwi.
- Otwarte!- krzyknęłam, gdyż nie chciało mi się ruszać tyłka z wygodnej kanapy.
- Cześć Misiaczku- powiedziała wesoła Caroline, po czym mocno mnie przytuliła.
- No siemka- uśmiechnęłam się słabo. Następnie szybko przywitałam się z Harrym i Justinem, którego niespodziewanie przytuliłam. Tak, nie tylko dla mnie było to zaskoczenie, ale dla wszystkich w tym domu również.
- Jak się czujesz?- zapytał z troską Lokowaty, a ja nie wytrzymałam.
- Przestańcie się mnie pytać jak się czuję! To jest okropne! Co mam wam powiedzieć? Czego ode mnie oczekujecie? Myślicie, że powiem, że jest wspaniale? Tego oczekujecie? Nie! Jest najgorzej! Mój tata nie żyje! Mam problem z matką! Wszystko jest do bani, a wy myślicie, że tak normalnie zacznę się uśmiechać?- słowa wydobywały się z moich ust bardzo szybko i nieprzemyślanie. Wpadłam w jakiś amok. Nie mogłam się powstrzymać i kontynuowałam- Przestańcie się tak na mnie patrzeć jakbym była jakimś pieprzonym alienem! Nienawidzę tego ciągłego współczucia, uważania na słowa! Czy wy myślicie, że ja tego nie widzę? Ślepa nie jestem! Mam Was wszystkich dosyć! Idźcie sobie i zostawcie mnie samą!- krzyknęłam po raz ostatni. Szybko wybiegłam z salonu i udałam się do mojego pokoju, gdzie dałam upust łzom.

Justin

- Co się z nią dzieje? Nie poznaję jej- jęknęła Caroline z trudem powstrzymując łzy.
- Czemu nie możecie zrozumieć, że należy dać jej trochę przestrzeni- odezwałem się pewnym tonem. Kto jak kto, ale ja rozumiałem ją najlepiej, ale oni przecież tego nie wiedzieli. Nikt nie wiedział.
- Jak mogę dać czas osobie, która z dnia na dzień się ode mnie oddala?- zapytał Harry z wyraźnym wyrzutem. Naprawdę nie ogarniałem tego gościa.
- Przeżyła straszny szok…- zacząłem, lecz nie dane mi było dokończyć, gdyż w rogu ujrzałem zapłakaną Kat. Poczułem ukłucie w sercu. Nie dlatego, że było mi jej żal. Chodziło mi bardziej o to, że to nie koniec cierpienia dla niej. Nie byłem pewny czy ta istotka zniesie to co los dla niej zaplanował. Cholera, jestem debilem, że się w to wpakowałem. W rzeczywistości nie byłem, aż tak zły.
- A co wy tu robicie?- zapytała zdenerwowana brunetka- Błagam Was idźcie sobie stąd.
- Nie było Cię tylko przez chwilę- powiedziała cicho Caroline. Kurde, ona ma chyba watę zamiast mózgu, naprawdę! Takie rzeczy wygadywać, czy ona nie widzi, że Katlin ledwo stoi ?
- Ej, chodźmy jak nie chce nas widzieć- odezwałem się pewnie, za co brunetka posłała mi pewne wdzięczności spojrzenie.
- Nie zostawię jej! Nie widzisz w jakim jest stanie?- zapytał się retorycznie Harry.
- Boże, wy nigdy tego nie zrozumiecie- wybuchłem- Dobranoc Katlin, mam nadzieję, że choć trochę się wyśpisz w nocy- powiedziałem i zacząłem kierować się do drzwi, jednak zatrzymał mnie głos brunetki:
- Nie, poczekaj. Wy idźcie- wskazała palcem na Caroline i Harrego- A ty, Justin, proszę zostań- powiedziała, po czym szybko uciekła do swojego pokoju. Cholera, nie wiedziałem, że pójdzie tak łatwo.

***

Jeśli przeczytałeś zostaw komentarz :))

wtorek, 11 lutego 2014

Rozdział 14

Katlin

Siedziałam nieruchomo na krześle przy łóżku mamy, która aktualnie spała, nie rozumiejąc kompletnie nic. Właściwie to byłam w taki szoku, że mój mózg nie dopuścił do siebie  okropnej myśli o moim tacie. Cały ten bałagan, który ostatnio pojawił się w moim życiu to było zdecydowanie za dużo. Począwszy od Justina, a kończąc na ciąży mojej mamy. Dlaczego nic nie wiedziałam? Co teraz będzie? Jak wszystko się ułoży?
- Proszę- z zamyślenia wyrwał mnie głos Justina, który wyszedł na moment po kawę dla mnie.
- Dziękuję- odezwałam się nadal słabym głosem- Idź do domu. Odpocznij.
- Dokładnie to samo mógłbym powiedzieć o tobie.
- Daj spokój- od razu mu przerwałam-  Muszę tu zostać, poczekać aż mama się obudzi i pozałatwiać jakieś sprawy z tatą. Wątpię, żeby była w stanie.
- W takim razie zostaję z Tobą- powiedział bez chwili wahania, po czym usiadł na krześle obok mnie.
- Chyba powinnam zadzwonić do biura mamy i powiedzieć, że nie pojawi się w pracy- jęknęłam- Mogę twój telefon?- zapytałam Justina.
- Chyba nie musisz. Nawet w telewizji mówią o tym wypadku- powiedział spokojnie.
- Co im kurwa do tego?- oburzyłam się.
- Taki urok jeśli jest się córeczką tatusia, który jest najbardziej znanym sędzią na Florydzie- uśmiechnął się współczująco, a z moich oczu mimowolnie popłynęły łzy- Ej, nie płacz. Jakoś się ułoży.
- Przytul mnie Justin- wyszeptałam kierując się impulsem, który podpowiadał mi, że właśnie tego potrzebuję.
- Jak sobie życzysz, Księżniczko.
***
Obudziłam się wtulona w bruneta. Wszystko było pięknie dopóki ciężar ostatnich kilku dni nie spadł na mnie niczym deszcz na przemokniętą ziemię.
- Długo spałam?- zapytałam Justina, przeciągając się.
- Kilka godzin.
- Gdzie jest mama?- zapytałam przerażona, kiedy ujrzałam puste łóżko obok swojego krzesła.
- Wybudziła się. Zabrali ją na badania. Nie chciała, żeby Cię budzić- wyjaśnił szybko.
- Proszę Cię, powiedz, że to co wydarzyło się wczoraj nie jest prawdą.
- Chciałbym- brunet oblizał usta, a z moich oczu popłynęły świeże łzy.
- Pójdę się odświeżyć- wymamrotałam, po czym bez słowa, cicho łkając udałam się w stronę pobliskiej łazienki. Idąc miałam wrażenie, że za chwilę się przewrócę. Ściśnięty żołądek i nogi jak z waty skutecznie utrudniały mi normalne poruszanie się. Kiedy tylko dotarłam do łazienki od razu oparłam się rękami o najbliższy zlew. Bardzo powoli podniosłam głowę i przywitałam swoje okropne odbicie w lustrze. Przekrwione oczy, opuchnięta twarz i rozczochrana fryzura- oto co ujrzałam. Po chwili bezczynnego wpatrywania się w swój wizerunek postanowiłam przemyć  twarz lodowatą wodą, a włosy przeczesać palcami. Wyglądałam troszeczkę lepiej. Właściwie, jeśli mam być szczera, ostatnią rzeczą na jakiej mi zależało była moja twarz. Załatwiłam potrzeby fizjologiczne, po czym wyszłam z łazienki uprzednio sztucznie się do siebie uśmiechając. Na korytarzu napotykałam współczujące spojrzenia obcych ludzi, co niesamowicie mnie denerwowało. Okej, nie wyglądałam dobrze, ale to nie był powód, żeby patrzeć się na mnie jak na ufo.
- Panienka Megbog?- zapytał mnie ktoś znienacka.
- Tak, to ja.
- Zapraszam do gabinetu. Musimy porozmawiać o pani obecnej sytuacji- powiedział, a mi zrobiło się słabo. Nie chciałam zajmować się teraz tymi sprawami. Zwyczajnie nie miałam na to siły. Nie miałam jednak wyjścia dlatego posłusznie weszłam do pokoju, który wskazał mi lekarz- Proszę usiąść. To będzie dłuższa rozmowa- dopowiedział, kiedy byliśmy już w środku- Jak wiesz, jestem lekarzem prowadzącym twojej matki. Tego pewnie nie wiesz, ale twoja mama przyjaźni się z moją żoną dlatego jest dla mnie naprawdę ważna. Wczoraj, twój tata miał śmiertelny wypadek. Odszedł podczas akcji ratowniczej w szpitalu- w tym momencie zaczęłam cicho łkać- Na razie nie wiemy co dokładnie się stało, policja jest w trakcie śledztwa i niestety muszę przyznać, że w najbliższym czasie będziesz miała z nią naprawdę dużo doczynienia- skrzywiłam się nieznacznie- Sophie przyjechała najszybciej jak mogła. Podczas próby uratowania twojego ojca zadzwoniła do Ciebie, ale ty się rozłączyłaś- miałam ochotę mu przerwać i powiedzieć, że to wcale tak nie było. Kiedy zapytałam się mamy czy tata żyje, nie odpowiedziała. To była dla mnie wystarczająca odpowiedź.. ale wtedy jeszcze żył- Kiedy nie udało nam się przywrócić życia twojemu ojcu pani matka dostała ataku paniki, po którym zemdlała. Dla bezpieczeństwa dziecka postanowiliśmy ją uśpić. Niedawno się wybudziła, ale nie jest do końca świadoma co się dzieje- Lucas kontynuował swój monolog, a ja z każdym kolejnym słowem rozklejałam się jeszcze bardziej- Musimy zrobić jej wszystkie potrzebne badania kontrolne. Nie w tym tkwi jednak problem..- błagam, mam już dość kłopotów- Obawiam się, że Sophie nie będzie w stanie załatwić wszystkich spraw związanych ze śmiercią twojego taty, dlatego będziesz musiała zrobić to ty.
- Ja?- wyjąkałam.
- Tak. Jesteś prawie pełnoletnia, dlatego nie będzie z tym żadnego problemu. Musisz tylko podpisać oświadczenie, że bierzesz na siebie pełną odpowiedzialność.
- Nie dam rady- nie mogłam uwierzyć, że mój głos się nie trząsł.
- Twoja mama tym bardziej. Jest to konieczne również dla dobra dziecka.
- Dobrze, podpiszę to- decyzję podjęłam w jednej chwili. Chociaż tyle mogę zrobić dla taty.
- Bardzo się cieszę. Oczywiście możesz liczyć na nasze wsparcie.- wstał i zaczął grzebać w jakiejś szufladzie. Wyjął z niej kilka kartek, które następnie dał mi do podpisania. Rozmawialiśmy jeszcze chwilę. Głównie o mamie. Wychodząc zapytałam.
- Czy jest możliwość, żeby zobaczyła tatę?
- Nie sądzę, żeby to był dobry po…- przerwałam mu.
- Chcę to zrobić.
- W takim razie dobrze- wiedział, że nie ma sensu się ze mną kłócić- Teraz?- zapytał.
- Tak- zdecydowałam, jednak nie byłam na to gotowa. Z drugiej strony, czy kiedykolwiek będę?
***
- W każdej chwili możesz się wycofać. Widok nie będzie miły- ostrzegł mnie Lucas kiedy staliśmy w piwnicach szpitala.- Znajduje się tutaj dużo nieżywych ludzi. Jest zimno. Nie wiem czy to dobry pomysł. Ja nawet nie powinienem tego robić. Masz szczęście, że…
- Czy możesz się zamknąć?- warknęłam- wchodzimy tam- powiedziałam pewnym tonem i otworzyłam żelazne drzwi. Chłód uderzył mnie z każdej strony. Ujrzałam mnóstwo parawanów. Na trzęsących się nogach szłam wzdłuż długiego pomieszczenia czytając karteczki z imionami i nazwiskami osób leżących za kurtyną.
- To tutaj- szepnęłam kiedy zobaczyłam tabliczkę „Bart Megbog”- Czy możesz poczekać na zewnątrz?- zapytałam Lucasa. Właściwie to nawet nie przeszliśmy na ty, ale co mnie to obchodziło w tamtej chwili.
- Oczywiście, ale pamiętaj, że ciągle tu jestem- kiwnęłam potwierdzająco głową, gdyż nie byłam w stanie wykrztusić z siebie słowa. Dodatkowo dygotałam z zimna. Chłód jaki tutaj panował przeszywał mnie wskroś, a ja nic nie mogłam na to poradzić. Drżącą ręką otworzyłam kurtynę, a to co zobaczyłam przyprawiło mnie o dodatkowe dreszcze. Dosłownie. Zaczęłam trząść się niczym galareta. Cała moja pewność siebie znikła w jednej sekundzie. Powtarzałam sobie jednak, że jestem silna. Nie żeby mi to pomagało. Na zdrętwiałych nogach podeszłam do nieruchomego ciała mojego taty, które w całości było przykryte białym prześcieradłem. Gdzieniegdzie przebijała się krew co potęgowało mój strach. Musiałam jednak pożegnać się ze swoim tatusiem dlatego odkryłam kawałek białego materiału. Twarz mojego ojca była cała sina, na co wybuchłam płaczem. Nie byłam na to gotowa.
- Dlaczego nas zostawiłeś?- zawyłam z rozpaczy. Czułam, że nie ustoję ani chwili dłużej, jednak nie poddawałam się- Jak mogłeś? Nie damy sobie rady bez Ciebie- płakałam coraz rzewniej- Nie powinieneś tutaj leżeć!- krzyknęłam, jednak nie było to na wysokich tonach. Byłam tak słaba, że nawet nie potrafiłam wydobyć z siebie porządnego dźwięku- Kocham Cię tato- szepnęłam- ale to nie zmienia faktu.. nie usprawiedliwia Cię.. dziecko, jak mogliście nic mi nie powiedzieć? Wiedziałeś w ogóle? Gorzej być nie może, czy zdajesz sobie z tego sprawę? Teraz już nic nie ma sensu, wszystko straciło swoje kolory- nie mam pojęcia ile jeszcze tak mówiłam i doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że nie ma to większego sensu. Prowadząc ten monolog dławiłam się łzami, ale nie powstrzymywało mnie to. Nogi stawały się coraz bardziej niestabilne i w momencie kiedy miałam się przewrócić za parawan wszedł Lucas mówiąc, że wystarczy. Na siłę odciągnął mnie od taty i niemal ciągnął z powrotem. Nieustannie powtarzał, że to nie był dobry pomysł. Nie wiem jak nazwać to co wtedy się ze mną działo, ale krzyczałam, płakałam, tupałam. Nie było nada mną żadnej kontroli. Kiedy jechaliśmy windą na piętro mojej mamy starałam się uspokoić, ale nie byłam w stanie. W jednej chwili poczułam ogromną nienawiść do.. wszystkiego. Taty, za to, że nas zostawił. Mamy, za to, że zwaliła na mnie ciężar związany z robotą papierkową. Harrego i  Cat, za to, że nie ma ich tutaj ze mną i przede wszystkim do siebie, za to, że nie potrafię sobie z tym poradzić. 
- Posłuchaj mnie. Idziemy do pokoju w którym jest twoja mama. Nie wiem czy wrócił do niej ciężar wczorajszych wydarzeń, ale proszę Cię bądź dla niej wsparciem. Wiem, że jest Ci ciężko, ale musisz do zrobić.
- Nie chcę udawać- krzyknęłam cała roztrzęsiona- Ja sobie nie radzę, czy ty tego nie widzisz!? Nie mam nikogo kto by mnie rozumiał, wsparł! Każdy ma mnie gdzieś!
- A ten chłopak, który był z Tobą całą noc?- zapytał, a ja nagle przypomniałam sobie o Justinie, który pewnie się o mnie martwił. Miałam zniknąć na chwilkę, a nie było mnie nie wiem? Ze dwie godziny..
- To jest mój wróg. My się nienawidzimy- powiedziałam krótko.
- Mam zupełnie inne wrażenie.
- Nie chcę o tym rozmawiać- zakończyłam temat. Szliśmy przez korytarz pełen ludzi. Większość była w podobnym stanie do mojego. Cóż, w końcu to szpital. Nie jest się tutaj ze szczęścia.
- Pamiętaj proszę o czym Ci mówiłem- ostrzegł mnie lekarz kiedy wchodziliśmy do sali mojej mamy- Ja Cię tu zostawiam. Zajrzę za piętnaście minut.- po tych słowach odszedł kierując się w stronę swojego gabinetu. Weszłam do sali, gdzie zastałam moją mamę cicho łkającą.
- Mamusiu- szepnęłam i podbiegłam do niej mocno się przytulając.
- Wiem Kochanie- powiedziała cicho.
- Dziecko- zaczęłam po chwili- Jesteś w ciąży? Czemu mi nie powiedziałaś?- zapytałam, na co mama zaczęła płakać jeszcze bardziej.
- Misiu, bo jest taki jeden problem..- zaczęła jednak ja jej przerwałam.
- Shh, zajmiemy się nim. Tata by tego chciał. Żeby jego syn lub córka byli szczęśliwi. Zapewnimy to temu dziecko- mówiłam przez łzy.
- To nie jest dziecko twojego taty- wyszeptała mama, a ja na początku nie zajarzyłam o co jej chodzi.

- Czekaj… COŚ TY POWIEDZIAŁA?- wydarłam się kiedy słowa mojej matki trafiły mnie niczym sztylet. Prosto w serce.

***
Jeśli przeczytałeś zostaw komentarz :))

piątek, 24 stycznia 2014

Rozdział 13

Justin

W momencie kiedy zadzwonił telefon Kat byłem okropnie wkurzony. Dodatkowo ta drobna osóbka perfidnie mnie zignorowała i jak gdyby nigdy nic odebrała połączenie. To co stało się potem, było dla mnie naprawdę niewytłumaczalne, ale miałem dziwne przeczucie, że wydarzyło się coś bardzo złego. Fakt, że brunetka rzuciła komórką o drzewo tylko to potwierdzał. Szczerze powiedziawszy, nie wiedziałam co mam zrobić, kiedy ta krzyczała wniebogłosy leżąc na zimnym podłożu w lesie. W mgnieniu oka zapomniałem o wszystkim co miałem zamiar jej powiedzieć. Myślę, że ten telefon był naprawdę niefortunny, ponieważ ja chciałem… poddać się, powiedzieć prawdę. Dobra chłopie, ogarnij się, zrób coś.
- Katlin- odezwałam się cicho delikatnie potrząsając jej ramieniem.
- Odpierdol się! Zostaw mnie! Idź sobie!- krzyknęła, a w jej oczach bez problemu mogłem dostrzec smutek i coś jeszcze, ale niestety nie umiałem zdefiniować tej emocji. Bez zastanowienia podszedłem w miejsce, gdzie rzuciła telefon. Ku mojemu zdziwieniu był cały, no może nie licząc ekranu, na którym zrobiła się tak zwana pajęczyna. Następnie wziąłem Katlin na ręce i zacząłem nieść w stronę domu Maxa. Byłem zaskoczony, że nie protestowała. Bardzo prawdopodobne, że nie miała siły. Mniejsza. Zmierzając w stronę celu rozmyślałem o wszystkim, głównie o Car. Ostatnio spieprzyłem wiele spraw, zdecydowanie zbyt dużo. Wiedziałem, że popełniłem całą masę błędów, ale teraz nie mogę się wyplątać z tego świństwa tak łatwo, chociaż chyba chcę.
- CO SIĘ STAŁO?- powróciłem do rzeczywistości dzięki głosowi, który należał do Caroline, w której oczach malowało się przerażenie.
- Zanim zaczniesz krzyczeć, że to moja wina najpierw mnie wysłuchaj- powiedziałem pośpiesznie. Co jak co, ale ta kobitka była bardzo lojalną przyjaciółką- Naprawdę nie wiem jak do tego wszystkiego doszło. Siedziałem sobie nad jeziorkiem, kiedy przyszła ona. To był przypadek, przysięgam. Poprosiłem o rozmowę, bo wiesz, chciałem przeprosić za wczoraj, ale jak tylko zacząłem mówić zadzwonił jej telefon, który odebrała i potem stało się to. Zaczęła histerycznie płakać, niemal rozwaliła komórkę o drzewo. Nie wiedziałem co mam robić, jak się odezwać, więc ją przyniosłem- wyjaśniłem niemal na jednym oddechu.
- Okej, pogadam z nią. Masz jej telefon?- zapytała pośpiesznie blondynka.
- Pewnie- powiedziałem spokojnie jednocześnie wyjmując zgubę.
- Super, posadź ją tam- wskazała palcem na pobliską ławkę. Nie było sensu wprowadzać jej do domu. Jak na razie nie było potrzeby robić sceny. Tym bardziej, że Katlin chyba nie za bardzo kontaktuje. Tak sobie tylko coraz: ciszej łka. Kiedy wykonałem polecenie mojej dziewczyny, ta wydała kolejny rozkaz
- Znajdź Harrego. Z tego co wiem szukał Kat, martwił się o nią kiedy nie znalazł jej w pokoju- wykrzywiłem twarz w grymasie- Nie marudź mi się tu, tylko znikaj. Ja spróbuje z nią porozmawiać- przelotnie przytuliłem Car, po czym udałem się na poszukiwania chłopaka, którego nienawidziłem najbardziej na świecie.

Katlin
- Katlin, Kochanie co się stało? Proszę, powiedz mi. Jestem twoją najlepszą przyjaciółką, wiesz, że jestem tu dla Ciebie- odrętwiale słuchałam zapłakanej Caroline, która od jakiś piętnastu minut prowadziła monolog. Właściwie to błagała mnie żebym się odezwała, ale ja nie potrafiłam. Znacie to uczucie kiedy wszystko to co mieliście w jednej sekundzie po prostu znika? Jeśli nie to wiedźcie, że jesteście szczęściarzami. Zapatrywałam się tępo w przestrzeń, żadne dźwięki do mnie nie docierały. Pomijam tutaj moją przyjaciółkę, która zrzędziła mi tym swoim piskliwym głosem. Nie mam pojęcia, czy zdawała sobie sprawę z tego, że ja i tak nie mam najmniejszego zamiaru się odezwać. Musiałam pobyć w samotności, co nie do końca oznaczało, że nie chciałam, aby nikogo przy mnie nie było. Nie wiem czy to zrozumiecie, ale mój tok myślenia nie jest w tej chwili czymś zrozumiałym, nawet dla mnie.
- Katlin, co się stało?- zapytał Harry potrząsając moimi ramionami. Kolejny, który na siłę będzie chciał wyciągnąć coś ze mnie.
- Wątpię, żeby się odezwała- odezwała się zrezygnowała Caroline- Próbuję od piętnastu minut.
- Mam nadzieję, że mi coś powie- powiedział Hazz przeczesując ręką włosy.
- NIKOMU NIC NIE POWIEM, CZY WY NIE POTRAFICIE TEGO ZROZUMIEĆ?- krzyknęłam ile sił w płucach. Nie wiem czemu to robiłam, ale wydaje mi się, że miałam dosyć ich obojga. Niepewnie wstałam i nieco się chwiejąc poszłam szukać Justina. Nie wiem dlaczego udałam się akurat do niego, ale miałam dziwne przeczucie, że w nim znajdę wsparcie. Tak, jestem pierdolnięta mając nadzieję, że znajdę oparcie w chłopaku, który zwyzywał mnie od dziwek. Potrzebowałam w tej chwili osoby, która nie patrzyłaby na mnie współczującym wzrokiem, a brunet wydawał się być do tego idealnym kandydatem. Taki dupek bez serca nie może przecież mieć uczuć.
- Piłeś?- zapytałam słabym głosem Justina, którego szukanie zajęło mi z dziesięć minut.
- Nie..- zmarszczył brwi w dezorientacji.
- Mógłbyś mnie zawieść do domu?
- Emm, a Harry lub Car nie mogą?- zapytał wyraźnie zdziwiony.
- Udajmy, że tego nie było- odezwałam się bezbarwnym tonem.
- Nie, nie, czekaj- odezwał się za mną złotooki kiedy odwróciłam się, mając zamiar ulotnić się w jakieś spokojne miejsce, gdzie nikt mnie nie znajdzie- Odwiozę Cię- dokończył kiedy odwróciłam się w jego stronę.
- Dziękuję- powiedziałam z prawdziwą wdzięcznością. Wolnym krokiem udaliśmy się w stronę samochodu Justina. Niestety nie dane było nam przebyć tej drogi w spokoju, gdyż mniej więcej w połowie zaatakowali nas Hazz i Car.
- Katlin!- krzyknął Harry- Gdzie ty z nim idziesz? Pojebało Cię do reszty?
- Nie tym tonem kolego- odezwał się nastroszony Justin- Twoja dziewczyna poprosiła mnie po prostu o podwózkę do domu. Nie moja wina, że woli mnie od Ciebie- dodał mniej miłym tonem.
- Kat, to prawda?- oburzyła się moja najlepsza przyjaciółka. Czy oni do cholery nie rozumieją, że nie mam ochoty na te ich durne dyskusje?
- CZY MOŻECIE SIĘ DO JASNEJ CHOLERY ZAMKNĄĆ?- krzyknęłam ile sił  w płucach- Tak, poprosiłam Justina o to, by mnie zabrał do domu, a wiecie dlaczego? Bo nie mam ochoty patrzeć na wasze twarze, na których wymalowane jest współczucie, którego nie potrzebuję.
- Katlin..- zaczął mój chłopak, ale nie dane było mu skończyć.
- Nie przerywaj mi. Jasne?- kiedy pokiwał w pośpiechu głową kontynuowałam - Jadę z Justinem, od Was nic nie chcę. Jesteście pijani, tak poza tym. Muszę pobyć w towarzystwie osoby, której nienawidzę. A teraz wybaczcie, śpieszy mi się- dokończyłam w pośpiechu, gdyż jak najszybciej chciałam być w drodze do domu. Bez słowa udałam się w stronę samochodu Justina. Dotarłam na miejsce dużo szybciej niż on sam. Kiedy tylko brunet dołączył do mnie i otworzył pojazd szybko wsiadłam do niego. Lada chwila ruszyliśmy.
***
Jechaliśmy z całkowitej ciszy. Żadne z nas się nie odzywało, co było mi bardzo na rękę. Mogłam spokojnie poukładać swoje myśli. Tata miał wypadek. Nie wiem nic więcej, gdyż rzuciłam telefonem o drzewo. Źle się zachowałam, gdyż mogłam chociaż wysłuchać mojej mamy, ale biorąc pod uwagę jej stan spodziewałam się najgorszego.
- Mogę pożyczyć twoją komórkę?- odezwałam się cienkim głosem.
- Jasne- odezwał się ze słabym uśmiechem, po czym podał mi swojego iPhona.
- Dzięki- powiedziałam, po czym drżącymi palcami wybrałam numer mojej mamy. Bardzo niepewnie przyłożyłam telefon do ucha. Pierwszy sygnał, drugi, trzeci, piąty, poczta głosowa. Spróbowałam jeszcze raz. W momencie, kiedy miałam się rozłączyć ktoś podniósł słuchawkę. Nie była to jednak moja mama.
- Halo?- odezwał się obcy głos.
- Emm- zaczęłam- Dzień dobry, jestem Katlin Megbog, mogłabym rozmawiać z Sophie?
- Niestety obawiam się, że to niemożliwe..
- Dlaczego? Kim pan jest?- zaczęłam panikować.
- Jestem Lucas Dertw, lekarz. Zakładam, że jest pani córką Barta i Sophie. Proszę jak najszybciej przyjechać do szpitala na St. Rewul.
- Czy nie mogę dowiedzieć się teraz o co chodzi?- próbowałam zachować resztki cierpliwości, ale nie mogłam. Nie byłam w stanie. Myślę jednak, że doskonale mnie rozumiecie.
- Niestety, nie mogę udzielić Ci takich informacji przez telefon. Proszę jak najszybciej pojawić się w szpitalu.
- Gdzie jest mama? Co z tatą?- uparcie próbowałam uzyskać jakieś informacje.
- Prawo zabrania…- zaczął lecz mu przerwałam.
- Nie obchodzą mnie żadne zasady lekarzy!- krzyknęłam- Tu chodzi o moich rodziców!
- Rozumiem Cię bardzo dobrze, też chciałbym, aby ktoś udzielił mi takich informacji gdybym był na twoim miejscy jednak nie jest to możliwe, przepraszam. Jest mi naprawdę przykro.
- Niech sobie pan w dupę wsadzi ten swój żal- krzyknęłam po czym się rozłączyłam. Skoro i tak nie miałam usłyszeć ważnych dla mnie informacji nie musiałam rozmawiać z tym głupim debilem, który potocznie nazywany był lekarzem.
- Słuchaj Katlin- odezwał się Justin. Muszę przyznać, że zupełnie zapomniałam o jego obecności- Wiem, że nie powiesz mi o co chodzi i w sumie Ci się nie dziwię. Nie wymagam tego od Ciebie, ale proszę nie rozwal mi telefonu.
 - Jeśli chciałeś choć trochę poprawić mi humor- zaczęłam- to raczej Ci się nie udało.
- Jeśli gadamy o komórkach- odezwał się- z twoim w sumie nic się nie stało, w sensie, ma roztrzaskany ekran, ale poza tym chodzi sprawnie.
- Skąd wiesz? Masz go przy sobie?
- Pozbierałem go- wyjaśnił szybko- Ale dałem go Caroline. Nie spodziewałem się, że tak się sprawy potoczą.
- Ja też nie. Mogę pobawić się twoim? Potrzebuję oderwać się na chwilę od rzeczywistości.
-  Nikt jeszcze nie grzebał mi w telefonie, ale dla Ciebie mogę zrobić wyjątek- puścił mi oczko- Powiedz mi tylko, gdzie jedziemy, bo zakładam, że nie do domu.
- Szpital na St. Rewul i błagam, jak najszybciej.
***
Przed ostatnią godzinę bawiłam się telefonem Justina: przeglądałam jego galerię, muzykę, aplikacje. Muszę przyznać, że byłam lekko zwiedziona kiedy okazało się, że nie ma żadnych swoich samojebek. W sumie to na nie najbardziej liczyłam. Humor nieznacznie mi się poprawił, choć mówiąc, że czuję się lepiej, wcale nie mam na myśli tego, że spadł ze mnie cały ciężar ostatnich wydarzeń. Nadal czułam się okropnie, ale w małym stopniu odezwałam się od tego całego zamieszania, choć na chwilę.
- Katlin, jesteśmy na miejscu- odezwał się Justin, a ja momentalnie zesztywniałam. Oto nadchodzi prawda- Ej, Mała, spokojnie. Nie powiem Ci, że wszystko będzie dobrze, ale będę tam z Tobą. Damy radę, rozumiesz?- powiedział na co pokiwałam niepewnie głową. Gdybym powiedziała, że się boję śmiało mogłabym zostać kłamcą. Prawda była taka, że byłam przerażona, jednak obecność Justina, który szedł obok mnie trzymając mnie za rękę nieco dodawała mi odwagi.
- Dobry wieczór- odezwałam się kiedy tylko dotarliśmy na recepcję- Jestem Katlin Megbog i w tym szpitalu znajdują się moi rodzice.
- Ah tak- powiedziała starsza kobieta drapiąc się po nosie- Drugie piętro. Pokój 129.
- Dziękuję bardzo- powiedziałam ze słabym uśmiechem, po czym pociągnęłam bruneta za rękę. Za cholerę nie chciałam jej puścić. Dodawała mi odwagi i dawała nadzieję. Chyba uderzyłam się w głowę.
- Pamiętaj, że cokolwiek usłyszysz za chwilę jestem tu dla Ciebie i nigdy Cię nie zostawię- szepnął mi do ucha Justin kiedy wchodziliśmy do wskazanego przez recepcjonistę pokoju.
- Dzięki za wsparcie- odezwałam się i biorąc głęboki oddech przekroczyłam próg pomieszczenia.
- Dzień dobry, panienka Megbog, jeśli się nie mylę?
- Oczywiście.
- Proszę sobie usiąść i się rozgościć, czeka nas dłuższa rozmowa. Kim jest ten chłopak? Obcy nie mogą…
- Proszę się z łaski swojej od niego odczepić, jest ze mną i nigdzie się nie wybiera- wycedziłam przez zęby.
- Jak sobie panienka życzy.
- Proszę zaczynać- urwałam mu. Miałam już serdecznie dosyć tych wstępnych gadek.
- Jak już się panienka domyśliła, jestem Lucas.
- Szczegóły- warknęłam. W tamtej chwili obchodziły mnie tylko wieści o tacie,  no i mamie, z którą nie miałam bladego pojęcia co się stało.
- Twój tata miał bardzo poważny wypadek. Trafił tutaj w bardzo ciężkim stanie i niestety..- przerwał na moment- bardzo mi przykro to mówić, ale nie udało nam się go uratować- dokończył, a ja wybuchłam płaczem. Justin zareagował natychmiast. Objął mnie swoim ramieniem i mocno przytulił.
- A co z jej matką?- odezwał się, gdyż ja nie byłam w stanie.
- Przyjechała najszybciej jak mogła, jednak po usłyszeniu złych wieści, zadzwoniła do córki, aby ją poinformować o wypadku.
- A gdzie jest teraz i dlaczego to pan odebrał jej telefon?- dopytywał brunet. Właściwie nie wiem jakim cudem docierały do mnie jakiekolwiek bodźcie ze świata żywych.
- Zemdlała, co mogło zaszkodzić dziecku, dlatego leży na oddziale pod wpływem prochów. Jest w szoku- czekajcie, co?
- O co chodzi? Jakie dziecko?- odezwałam się całkowicie zdezorientowana. Łzy nadal płynęły strumieniami po moich policzkach.

- Sophie Megbog jest w ciąży- powiedział lekarz a mnie zamurowało. Dlaczego to przytrafia się właśnie mi?

***
Jeśli przeczytałeś zostaw komentarz :))

środa, 8 stycznia 2014

Rozdział 12


Katlin

- Coś ty powiedziała?- odezwałam się pełnym strachu tonem. Jeżeli naprawdę widziała co się stało wysypie mnie, bo przecież mnie nienawidzi. Już tyle razy szukała na mnie haka. Świetnie.
- Ty, Justin, jeziorko, lizanko. Dalej nic nie pamiętasz?- powiedziała z cwanym uśmieszkiem wymalowanym na tej jej idealnej twarzyczce.
- Więc to jest teraz twój cel, tak?- odezwałam się niemal płaczliwym tonem, kiedy zauważyłam dezorientację wymalowaną na twarzy mojej byłej przyjaciółki kontynuowałam- Chcesz mnie zniszczyć, wywalić z tej paczki, zająć moje miejsce u boku Harrego. Myślisz, że nie wiem, że od zawsze Ci się podobał? Masz teraz perfekcyjną okazję. Zejdź na dół, powiedz wszystkim prawdę i ah, nie zapomnij mieć podniesionego tonu tak, aby każdy Cię słyszał- mówiłam jak najęta, a z oczu poleciały mi łzy. Nie chciałam, żeby Chloe je zobaczyła dlatego weszłam do pokoju szczelnie zamykając za sobą drzwi. Rzuciłam się na łóżko i zaczęłam ryczeć jeszcze bardziej. Nie mogłam się powtrzymać. W tamtej chwili nienawidziłam siebie za wszystko, nawet za to, że jestem zdolna oddychać.
***
Nie wiem ile czasu spędziłam wypłakując swoje oczy - może dziesięć, piętnaście minut. Nie był to długi okres, ale czułam się jakbym co najmniej dziesięć lat była pogrążona w depresji. Nazwijcie mnie debilką i wyślijcie do wariatkowa, ale czy to nie normalne? Emocje, wiele negatywnych uczuć gromadziło się we mnie już od dawnien, dawna. Wakacje z rodzicami pomogły mi trochę się oderwać, ale to nie wystarczy. Byłam silna zbyt długo, teraz już nie chcę, dlatego płaczę. Kiedy usłyszałam skrzypienie, które sygnalizowało otwieranie drzwi przygotowałam się na najgorsze. Spodziewałam się Harrego, Caroline, Justina, Maxa, Sydney czy Naomi, ale nawet przez myśl mi nie przyszło, że ujrzę Chloe, która zapewne przyszła tutaj tylko po to, żeby poznęcać się nade mną jeszcze trochę.
- Wyjdź- chlipnęłam chowając twarz w poduszkę.
- Chcę porozmawiać- powiedziała spokojnym tonem.
- Po prostu odejdź. Powiedz wszystkim co zrobiłam i weź to co było moje.
- Nie mam zamiaru nikomu nic powiedzieć- odezwała się, a ja aż z wrażenia podniosłam głowę z poduszki i spojrzałam prosto w jej fałszywe oczy.
- Niby dlaczego nie?- odezwałam się z powątpiewaniem. To z pewnością jedna z jej gierek.
- Nie chcę, zresztą nie taki jest plan- powiedziała, po czym szybko urwała.
- Plan?- powtórzyłam, nie mogąc zrozumieć o co jej chodzi.
- Nie ważne, widziałam Was, ale nic z tym nie zrobię. Kiedyś w końcu się przyjaźniłyśmy.
- Dawno i nie prawda- od razu jej przerwałam.
- Po tym, co dla Was zrobiłam mogłabyś być choć trochę miła. Proszę się Katlin, posłuchaj mnie. Ja wiem, że to moja wina, że się od Was oddaliłam, że spieprzyłam naszą więź, i wierz lub nie, ale każdego dnia żałuję, że to zrobiłam, że miałam okropnie nasrane we łbie. Zdaję sobie sprawę z tego, że niemożliwym jest odbudować naszą przyjaźń, ale nawet nie masz pojęcia ja bardzo bym chciała. Brakuje mi wszystkiego, naszych zakupów, wspólnych wypadów, nocek, imprez. Jestem pewna, że to co mówię nic nie zmieni, bo przez te pięć lat wydarzyło się między nami dużo złego, ale proszę, spróbuj choć trochę lepiej mnie traktować.  Nigdy już pewnie nie znajdę tak wspaniałych przyjaciółek jakimi Wy byłyście.- kiedy zakończyła swój monolog byłam w ciężkim szoku. Nigdy w życiu nie spodziewałam się usłyszeć od niej czegoś tak poruszającego. Chcąc nie chcąc, choć już przyzwyczaiłam się do życia bez niej to nadal czasem mi jej brakowało. Chloe jest wartościową i całkiem inteligentną osobą, ale przez to co wydarzyło się przez te pięć długich lat, przez to kim się stała, nie mogę jej wybaczyć i jestem pewna, że Caroline ma takie samo zdanie na ten temat- Okej, widzę, że nie doczekam się odpowiedzi, no ale trudno, chciałam spróbować. Może jak to wszystko przemyślisz będziesz w stanie mi przebaczyć choć w małym stopniu, tak samo Caroline, bo o niej też nie możemy zapominać- powiedziała, po czym wyszła z pokoju. Przez kilka następnych chwil siedziałam oniemiała na łóżku, po czym wgramoliłam się w ciepłą i przyjemną pościel i szlochając zasnęłam.
***
Siedziałam w pokoju wpatrując się w sufit. Dookoła było ciemno. Wszystko czego pragnęłam to cisza, która tej nocy nie była mi dana. Z dołu dochodziły krzyki rozwydrzonych nastolatków, które myślały tylko o tym, aby najebać się w pięć dup. Tak, była sobota. Tak, to właśnie w tej chwili niemal za ścianą odbywała się ‘impreza roku’. Ale ja nie chciałam się bawić. Jedyne o czym potrafiłam myśleć, to to, jak okropna jestem. Czułam do siebie tak wielkie obrzydzenie, że aż mnie mdliło. Przez cały dzień siedziałam ukryta w tym małym pomieszczeniu. Caroline i Harry nieustannie próbowali wyciągnąć mnie na powietrze, ale wcisnęłam wszystkim kit, że mam zatrucie pokarmowe, na no zgodnie stwierdzili, że zostaną ze mną i tak oto przez cały czas rozmawialiśmy. Niedawno wygoniłam ich na dół, ale naprawdę nie wiem, ja długo wytrzymają bez upewnienia się, czy ze mną wszystko w porządku. Są tacy wspaniali, a ja jestem skończoną suką. Co do Justina, to podobno wrócił chwilę po tym jak wyszłam. Nie widziałam się z nim, ale właściwie nie miałam po co. Między nami wszystko skończone. Nie, żeby coś kiedykolwiek było. Mam na myśli, że nie odezwę się do niego już ani słowem, nawet nie będę na niego patrzeć. Jest to chyba najlepsze wyjście z tej sytuacji. Moje rozmyślanie przerwał dźwięk skrzypiących drzwi. Natychmiast zamknęłam oczy i udałam, że śpię.
- Usnęła- szepnęła Chloe. Czekaj, co ona tu niby robi?
- Dobrze- odezwał się Justin. CO TA DWÓJKA MA ZAMIAR ZROBIĆ? Z tego co wiem, to oni nawet ze sobą nie rozmawiają.
- Mam wyrzuty sumienia, naprawdę nie rozumiem, po co to wszystko. Ja nie chcę się w to mieszać- powiedziała zdesperowana i smutna (?) Chloe. WHAT THE FUCK? CO SIĘ DZIEJE?
- Zamknij się. Właściwie dlaczego my tu w ogóle przyszliśmy?- powiedział sfrustrowany Justin podnosząc ton- Mieliśmy rozmawiać o interesach, a wylądowaliśmy w pokoju tej dziwki.
- Nie nazywaj jej tak- skarciła go Chloe- Mieliśmy z nią pogadać, tak tylko chciałam Ci odświeżyć pamięć.
- Ugh, chodźmy stąd- powiedział brunet, po czym usłyszałam zamykanie drzwi. Z wrażenia aż siadłam na łóżko i uszczypnęłam się w nogę. Nie śniłam. O co chodziło? W głowie miałam mętlik. I przepraszam bardzo, jakim prawem Justin nazwał mnie dziwką? Czym sobie na to zasłużyłam? Ah, no tak, wczorajszym wybrykiem, ale on był temu tak samo winny jak ja. Nie wiem co mnie podkusiło, ale zwlokłam się z łóżka, podeszłam do walizki, z której wyjęłam jeansy i ogromną bluzę. Do kieszeni wsadziłam telefon, po czym wyszłam z pokoju. Nabrałam ogromnej ochoty na spacer. Musiałam się przewietrzyć, ponieważ inaczej bym zwariowała. W mojej głowie było zbyt dużo myśli. Po drodze mijałam moich przyjaciół, którzy uśmiechali się wesoło do mnie. Rozejrzałam się dookoła. Właściwie dlaczego ja nie mogę się tak zabawić? Bez wahania sięgnęłam po drinka, którego znalazłam w kuchni. Na szczęście nie spotkałam Harrego, ani Caroline. Byli oni ostatnimi osobami, które pragnęłabym zobaczyć. Wypiłam kilka kolejnych drinków, ale śmiało mogłam powiedzieć, że nie byłam nawet wstawiona. Zbyt dużo w moim życiu wypiłam, żeby być pijana, po pięciu czy sześciu shotach. Niechętnie podniosłam się z kanapy, na której siedziałam i udałam się na zewnątrz. Czułam się o niebo lepiej. Wiem, że nie powinnam pić, ale właściwie to sama nie wiem co mnie naszło. Na zewnątrz było chłodno, ale nie obchodziło mnie to. Udałam się w stronę lasu. Szłam długo. Tak macie rację, kierowałam się w stronę mojego ukochanego jeziorka. Właściwie to zastanawiam się czy dalej jest to moje ulubione miejsce. Po tym co stało się wczoraj raczej nie, chociaż sama nie wiem. Szłam przed siebie i właściwie nie rozglądałam się na boki, więc możecie wyobrazić sobie moje zdziwienie kiedy niemal zderzyłam się z Justinem. Tak, był tam. Siedział pod drzewem ze spuszczoną głową. Pieprzone deja-vu. Prawie na niego weszłam, ale na szczęście w ostatniej chwili, jakieś pięć metrów przed nim zdążyłam popatrzeć przed siebie i zatrzymać się. Właśnie miałam zamiar zawrócić i dyskretnie się wycofać jednak moje szczęście jak zwykle mnie zawiodło i brunet podniósł swój tępy łeb. Nasze oczy na moment się spotkały, ale nie zdążyła upłynąć nawet sekunda kiedy w pośpiechu odwróciłam się napięcie z zamiarem powrotu do domku.
- Zaczekaj chwilę- powiedział Justin zachrypniętym głosem.
- Niby po co?
- Chciałem porozmawiać.
- Myślę, że nie mamy o czym- znów zaczęłam iść.
- Doskonale wiesz, że w rzeczywistości jest zupełnie inaczej.
- Wiesz, problem tkwi w tym, że ja nie chcę z Tobą rozmawiać- dlaczego, do cholery znów się zatrzymałam?
- Pięć minut.
- Nie!
- Proszę.
- Justin, błagam Cię, daj mi spokój. Nie mam ochoty na kolejne wyzwiska, poniżanie i wszystko inne z twojej strony. Skończ tą gierkę, w którą nigdy nie chciałam się wciągać. Nie jesteś tym zmęczony? Miły, a po kilku sekundach wredny chuj? Jak ty to w ogóle robisz? Zachowujesz się jakbyś miał wieczny okres!- powiedziałam niemal na jednym wdechu. Ciągle zastanawiałam się czy wyciągać sprawę rozmowy, którą przez przypadek podsłuchałam. Nie miała pojęcia co zrobić z tym fantem.
- Odpowiem Ci jak przyjdziesz tutaj i usiądziesz- odezwał się, a ciekawość wzięła nade mną górę.
- Masz dwie minuty- ostrzegłam- potem wstaję i odchodzę.
- Spoko- uśmiechnął się słabo, jednak nie był to ten tak dobrze prze mnie znany pewny siebie uśmiech- Wiesz naprawdę nie wiem od czego zacząć- podrapał się po głowie.
- Proponuje od początku- powiedziałam spokojnie, jednak w duszy zachowywałam pewny dystans. Tak na wszelki wypadek.
- No więc chciałem przeprosić.
- Za co?- szybko mu przerwałam.
- Wszystko?
- To znaczy?- dopytywałam.
- Czy możesz się w końcu zamknąć?- brunet podniósł swój ton. Cholerka, my kłócenie się mamy we krwi. Innego wytłumaczenia nie ma.
- Dobra, gadaj- udałam, że patrzę na zegarek, którego w rzeczywistości nie miałam na ręce, ale nikt nie musi tego wiedzieć- minuta- uśmiechnęłam się nieszczerze.
- Nie bądź taka hej do przodu, no, ale wracając do tematu, chciałem przerosić Cię za całokształt. Za wszystko- wyzwiska, poniżenia. No może oprócz tego, że Cię wczoraj pocałowałem, bo tego nie żałuję. Naprawdę chciałbym zacząć..- niestety nie dane było mu skończyć gdyż rozdzwonił się mój telefon. Odruchowo przestałam go słuchać i spojrzałam na wyświetlacz „mamusia”. Wcisnęłam zieloną słuchawkę zupełnie ignorując zdezorientowanego Justina. W słuchawce usłyszałam szloch mojej rodzicielski.
- Co się stało?- krzyknęłam przerażona. Wybaczcie, ale raczej nie płakałaby ze szczęścia.
- T-t-t-w-w-ó-j ta-ta-ta ..
- Co z nim?- powiedziałam, a moje nogi zrobiły się jak z waty.
- M-m-i-a-ł-ł w-y-p-a-a-d-e-e-k – wychlipała, a mi zrobiło się niedobrze.

- Żyje?- zadałam najważniejsze pytanie. Jedyne, które najbardziej mnie obchodziło, ale z drugiej strony to jego bałam się najbardziej. Łzy mimowolnie zaczęły spływać mi po policzkach, kiedy w odpowiedzi mama zaczęła płakać jeszcze bardziej. W przypływie rozpaczy rzuciłam telefonem o najbliższe drzewo. Nogi się pode mną ugięły i upadłam. Nie przejmując się niczym skuliłam się i zaczęłam krzyczeć i płakać. Nic się dla mnie nie liczyło.

***
Jeśli przeczytałeś, zostaw komentarz :))

sobota, 21 grudnia 2013

Rozdział 11


Katlin

Gdy tylko mój umysł zdążył ogarnąć sytuację od razu odepchnęłam od siebie Justina. Wyglądał na tak samo zszokowanego jak ja, jednak w jego oczach przez moment można było dostrzec… zwycięstwo? Sama nie wiem, ponieważ ta iskra znikła tak szybko jak błyskawicznie się pojawiła. Dopiero po chwili dotarło do mnie co tak naprawdę zrobiłam, to znaczy zrobiliśmy, ale w tej chwili nie miało to dla mnie większego znaczenia. Bez słowa wstałam i udałam się na przeciwległy brzeg jeziora, gdzie usiadłam pod drzewem, podkuliłam nogi pod szyje i zaczęłam płakać. Nie mogłam uwierzyć, że sytuacja sprzed niecałego miesiąca się powtarza. Przed oczami miałam strzępki wspomnień z tamtej nocy.
***
Kolejna impreza w tygodniu, ale to w końcu wakacje, więc trzeba się zabawić, prawda? Nigdy nie należałam do spokojnych osób, od zawsze byłam wulkanem energii, który podczas letniej przerwy wybuchał z podwójną siłą.
- Kat, kochanie, czy nie wystarczy na dziś?- zapytał Harry, kiedy zobaczył mnie z kolejnym drinkiem. Właściwie, to nawet nie byłam pijana. Zabawa dopiero się rozkręcała.
- Dopiero piąty- powiedziałam z oburzeniem, na co chłopak przewrócił oczy.
- Jak chcesz, ale po prostu bądź ostrożna, dobrze?
- Kiedy nie jestem?- zapytałam retorycznie, ponieważ w tym samym momencie Caroline podciągnęła mnie za rękę na parkiet. Bawiłyśmy się wspaniale, była to jedna z najlepszych domówek jakie odbyły się w te wakacje. Oczywiście znajdowaliśmy się w domu rodziców Maxa. Wszystko było pięknie, do czasu, kiedy obraz zaczął  mi się zamazywać przed oczami. Caroline, Harry, Max, Sydney, wszyscy gdzieś zniknęli, nie mogłam dostrzec ich w tłumie rozwydrzonych nastolatków. Właściwie to nawet nie pamiętałam kiedy się od nich oddaliłam. Wszystko było nieskładne, niewyraźne. Kręciło mi się w głowie. Miałam wrażenie, że zaraz zemdleję, czy coś w ten deseń. I wtedy zobaczyłam go. Harrego. Starałam się podbiec ku niemu, ale niestety nie mogłam. Ledwo się do niego doczłapałam, a kiedy tylko znalazłam się w jego ramionach złożyłam na jego ustach czuły i pełny pasji pocałunek. Kiedy tak się całowaliśmy, nagle ktoś wykrzyczał moje imię, ale byłam na tyle odurzona, że nie mogłam nawet rozpoznać głosu osoby, która do mnie mówi. Dopiero gdy ktoś odsunął mnie od Harrego i zaczął na mnie krzyczeć mózg powoli mi się oczyścił, ale nie na tyle, by móc zrozumieć co się stało.
- Dlaczego się na mnie drzesz i czemu odsunąłeś mnie od mojego chłopaka?- zapytałam pijackim bełkotem.
- Twojego kogo? Halo, Katlin, otrząśnij się! Ja tu jestem, ja jestem Harry!
- Nie rozumiem- zmarszczyłam brwi.
- Chodź do domu, pogadamy rano.
- Nie zdaje się z nieznajomymi!- zaczęłam krzyczeć jednak wtedy prawdziwy Hazz złapał mnie za rękę i nie zważając na moje protesty pociągnął w stronę wyjścia.
***
Pewnie zastanawiacie się skąd to wszystko wiem skoro twierdzę, że byłam nieobecna tamtej nocy. Odpowiem Wam. Otóż rano mózg przejaśnił mi się całkowicie i powoli mogłam przypomnieć sobie pewne poszczególne detale i skojarzyć fakty. Dodatkowo słyszałam mnóstwo opowieści o tamtej nocy. Wiele wtedy płakałam i  naprawdę nienawidzę siebie za to co wtedy zrobiłam, a teraz jeszcze ten pocałunek z Justinem. Naprawdę nie chciałam tego zrobić, ja go nawet przecież nie lubię. Wtem do głowy uderzyła mi jeszcze jedna myśl. Caroline. Zdradziłam przyjaciółkę, z którą znam się od piętnastu lat. Naprawdę nie wiem jak będę w stanie spojrzeć na siebie w lustro, kiedykolwiek. Nie mam pojęcia ile tak siedziałam i wypłakiwałam oczy, ale gdy tylko robiło mi się trochę lepiej pozbierałam się i udałam w stronę domku. Nie wiedziałam gdzie jest Justin i naprawdę nie obchodziło mnie to. Kutas. Jak mógł zrobić to swojej dziewczynie, mi…sobie? Jak? Łzy znów zaczęły cieknąć strumieniami. Miałam tak wielkie wyrzuty sumienia, że nawet nie wyobrażałam sobie jak mogę spojrzeć w oczy Harremu i Caroline. Przecież tak mocno ich kocham, naprawdę nie chciałam ich zranić. Powiedzieć im od razu? Poczekać? Jak zareagują? To będzie koniec wszystkiego? Retoryczne pytania wędrowały po mojej głowie. Niestety nikt nie mógł mi na nie odpowiedzieć w tej chwili. Byłam naprawdę zmieszana. Nie mogłam przestać myśleć o ustach Justina, tak miękkich i idealnych. KURWA KATLIN ZAMKNIJ SIĘ PIERDOLONA SUKO. Tak bardzo  nienawidziłam siebie w tamtej chwili.
- Czy możesz mi powiedzieć co to było?-  z zadumy wyrwał mnie głos Justina. Przestraszyłam się jak cholera. Nie dość, że jesteśmy w środku nocy w lesie to na dodatek toczyłam zaciętą walkę w moimi myślami. Nie byłam w wstanie go usłyszeć.
- Czy ty jesteś normalny? Zawału przez Ciebie dostałam!- zaczęłam krzyczeć. Naprawdę nie wiem jak mogłam go nie słyszeć. Gdzie są moje wyczulone zmysły, które nigdy mnie nie zawodzą? Ah, no tak. Poszły się pierdolić. Razem z mózgiem. Teraz zostałam tylko ja ze swoimi durnymi pomysłami.
- Przepraszam, nie chciałem.
- Jasne, tak samo jak nie chciałeś mnie pocałować!
- Oh, nie, nie, Moja Droga. To wszystko twoja wina, ty zaczęłaś!
- Żartujesz sobie ze mnie? Ja? JA?
- Tak, ty Kochanie. Nic by się nie wydarzyło, gdybyś się na mnie rzuciła z tymi swoimi łapskami.
- Nie uda Ci się wzbudzić we mnie jeszcze większej winy. I tak czuję się jak nic nie warte gówno.
- Chodzi o to, że nie zapłaciłem?- jego słowa zszokowały mnie kompletnie. W pierwszym momencie nie wiedziałam co powiedzieć, jednak po chwili odzyskałam mój niewyparzony język.
- Jak możesz? Wiesz co? Nie wierzę, że to się dzieje naprawdę. Jak możesz sugerować, że jestem dziwką?
- Przecież mam rację- uśmiechnął się szyderczo- Przynajmniej tak się zachowujesz, więc właściwie mam odpowiedź…- chyba chciał jeszcze coś powiedzieć, ale przerwałam mu strzelając z pięści prosto w jego policzek. Tego było dla mnie za wiele. On nie ma pieprzonego prawa nazywać mnie w ten sposób. Wiedziałam, że miał trochę racji, ale i tak go to nie usprawiedliwiało.
- Czy ty sobie myślisz, że możesz tak po prostu uderzać mnie w twarz kiedy tylko masz na to ochotę?- zapytał Justin ręką trzymając swój bolący policzek. Miałam nadzieję, że zostanie mu po tym wielki siniak.
- Hmm- udałam, że się zastanawiam- Myślę, że mogę, po tym jak zwyzywałeś mnie od dziwek. To było tylko ostrzeżenie.
- Teraz rozumiem. Prawda w oczy kole i dlatego musiałaś się na kimś wyżyć. Właściwie to nawet nie musisz przepraszać. Rozumiem- udał minę współczującego człowieka, a ja myślałam, że za chwilę wyjdę z siebie i stanę obok. Zamknęłam oczy i policzyłam w myślach do dziesięciu. Nie mogę powiedzieć, że ochłonęłam choć trochę, ponieważ wciąż byłam wściekła, ale mogłam panować nad sobą na tyle żeby po prostu odwrócić się i bez słowa udać się w stronę moich przyjaciół, którzy zapewne nadal siedzieli przy ognisku. Szczere powiedziawszy zrobiłam się trochę głodna, ale jednocześnie wiedziałam, że wszystko co przełknę  zwrócę jeszcze szybciej niż nawet zdążę pomyśleć o wzięciu kolejnego kęsa. Nie byłabym w stanie. Nie po tym, co wydarzyło się w przeciągu tych kilku godzin. Kiedy tylko ujrzałam światło emanujące z przygasającego ogniska zaczęłam biec. Chciałam jak najszybciej znaleźć się w ramionach osoby, którą szczerze kochałam. Wiedziałam, że najprawdopodobniej nie przyznam się dziś do tego co zrobiłam, ale muszę zrobić to w najbliższej przyszłości, ponieważ inaczej nie będę mogła normalnie funkcjonować.
- Katlin, Kochanie, co się stało? Co ten Kutas Ci zrobił? Tak długo Cię nie było, że już zaczynałem się martwić- powiedział Harry, kiedy tylko wpadłam w jego ramiona. Na jego słowa rozpłakałam się jeszcze bardziej, nie mogłam znieść bólu jaki odczuwałam w piersi. Nie mogłam uwierzyć, że ponownie zdradziłam osobę, która była dla mnie wszystkim. Poprzednim razem było inaczej, ktoś odurzył mnie tabletką gwałtu i mimo iż nie mogłam sobie wybaczyć tamtego zdarzenia to dzisiejszy pocałunek z Justinem był całkowicie świadomy! A może brunet miał rację nazywając mnie dziwką?
- Nie chcę o tym rozmawiać- odezwałam się zachrypniętym od płaczu głosem. Nie obchodziło mnie, że wszyscy na nas patrzą, przecież przyjaciele są na dobre i na złe, prawda? Na twarzy Caroline mogłam dostrzec złość na Justina- rzecz jasna-, co sprawiło, że miałam ochotę zakopać się pod ziemię i nigdy więcej nie pokazywać publicznie. Zdecydowanie zasługiwałam na zamknięcie z jakiejś piwnicy bez jakiegokolwiek źródła światła, czy życia. Hej, to mógłby być dobry pomysł.
- Zabiję go, przysięgam. Tyle razy powtarzałam mu, że ma być miły, nie dogryzać, ale nie, on zawsze swoje, już ja się z nim policzę- odezwała się Caroline. W normalnym wypadku byłabym jej wdzięczna, ale teraz mogłam odczuwać tylko coraz większe poczucie winy. To było nie do zniesienia, naprawdę.
- Właściwie co się między Wami stało?- zapytała Sydney.
- Nie słyszałaś, że Kat powiedziała, że nie ma ochoty teraz o tym opowiadać?- odezwał się Harry chamskim tonem, za który musiałam go skarcić.
- Nie bądź dupkiem, ona się po prostu martwi- odezwałam się. Mój głos nadal był daleki od normalności.
- Wszyscy jesteśmy zaniepokojeni- powiedział Dean- Dlaczego wasz dwójka nie może po prostu normalnie się dogadywać?
- Też chciałabym to wiedzieć- mruknęłam wtulając się jeszcze mocniej w Harrego.
- Gdzie jest Chloe?- zapytał nagle Petter. On i jego wyczucie czasu.
- Poszła gdzieś już jakiś czas temu. Mówiła, że głowa ją boli, czy coś- powiedział spokojnie Max- chyba Ci jej nie brakuje- dopowiedział po chwili.
- Pewnie, że nie – odpowiedział Petter z dziwnym, bliżej niezidentyfikowanym wyrazem twarzy.
- Przepraszam, że pytam- zwróciła się do mnie Car- Nie wiesz może w którą stronę poszedł Justin? Martwię się trochę o tego kretyna.
- To normalne, jest twoim chłopakiem- wywróciłam oczami- Nie wiem gdzie się udał, znając go wróci pewnie nad ranem i nawet nie waż się przepraszać za to. Jesteśmy przyjaciółkami.
- Wiem, wiem.
- Ja chyba pójdę się położyć- odezwałam się po upływie około 15 minut. Moje powieki zrobiły się ciężkie od płaczu i wszystkiego co wydarzyło się dzisiaj. Dodatkowo potwornie bolała mnie głowa, co jeszcze bardziej pogarszało sytuację- Dobranoc wszystkim!- odezwałam się i wstałam z kolan Harrego.
- Pójdę z Tobą- odezwał się szybko kędzierzawy.
- Zostań, naprawdę. Muszę jeszcze wziąć prysznic i te sprawy- uśmiechnęłam się blado.
- Będę na górze za pół godziny, okej?
- Jasne- powiedziałam, a ten pocałował mnie w czoło. Leniwie udałam się do góry, a kiedy miałam położyć rękę na klamce od mojego i Harrego pokoju zauważyłam Chloe.
- Widziałam Ciebie i Justina- powiedziała, a mnie kompletnie zamurowało.

***
Jeśli przeczytałeś zostaw komentarz :))