piątek, 24 stycznia 2014

Rozdział 13

Justin

W momencie kiedy zadzwonił telefon Kat byłem okropnie wkurzony. Dodatkowo ta drobna osóbka perfidnie mnie zignorowała i jak gdyby nigdy nic odebrała połączenie. To co stało się potem, było dla mnie naprawdę niewytłumaczalne, ale miałem dziwne przeczucie, że wydarzyło się coś bardzo złego. Fakt, że brunetka rzuciła komórką o drzewo tylko to potwierdzał. Szczerze powiedziawszy, nie wiedziałam co mam zrobić, kiedy ta krzyczała wniebogłosy leżąc na zimnym podłożu w lesie. W mgnieniu oka zapomniałem o wszystkim co miałem zamiar jej powiedzieć. Myślę, że ten telefon był naprawdę niefortunny, ponieważ ja chciałem… poddać się, powiedzieć prawdę. Dobra chłopie, ogarnij się, zrób coś.
- Katlin- odezwałam się cicho delikatnie potrząsając jej ramieniem.
- Odpierdol się! Zostaw mnie! Idź sobie!- krzyknęła, a w jej oczach bez problemu mogłem dostrzec smutek i coś jeszcze, ale niestety nie umiałem zdefiniować tej emocji. Bez zastanowienia podszedłem w miejsce, gdzie rzuciła telefon. Ku mojemu zdziwieniu był cały, no może nie licząc ekranu, na którym zrobiła się tak zwana pajęczyna. Następnie wziąłem Katlin na ręce i zacząłem nieść w stronę domu Maxa. Byłem zaskoczony, że nie protestowała. Bardzo prawdopodobne, że nie miała siły. Mniejsza. Zmierzając w stronę celu rozmyślałem o wszystkim, głównie o Car. Ostatnio spieprzyłem wiele spraw, zdecydowanie zbyt dużo. Wiedziałem, że popełniłem całą masę błędów, ale teraz nie mogę się wyplątać z tego świństwa tak łatwo, chociaż chyba chcę.
- CO SIĘ STAŁO?- powróciłem do rzeczywistości dzięki głosowi, który należał do Caroline, w której oczach malowało się przerażenie.
- Zanim zaczniesz krzyczeć, że to moja wina najpierw mnie wysłuchaj- powiedziałem pośpiesznie. Co jak co, ale ta kobitka była bardzo lojalną przyjaciółką- Naprawdę nie wiem jak do tego wszystkiego doszło. Siedziałem sobie nad jeziorkiem, kiedy przyszła ona. To był przypadek, przysięgam. Poprosiłem o rozmowę, bo wiesz, chciałem przeprosić za wczoraj, ale jak tylko zacząłem mówić zadzwonił jej telefon, który odebrała i potem stało się to. Zaczęła histerycznie płakać, niemal rozwaliła komórkę o drzewo. Nie wiedziałem co mam robić, jak się odezwać, więc ją przyniosłem- wyjaśniłem niemal na jednym oddechu.
- Okej, pogadam z nią. Masz jej telefon?- zapytała pośpiesznie blondynka.
- Pewnie- powiedziałem spokojnie jednocześnie wyjmując zgubę.
- Super, posadź ją tam- wskazała palcem na pobliską ławkę. Nie było sensu wprowadzać jej do domu. Jak na razie nie było potrzeby robić sceny. Tym bardziej, że Katlin chyba nie za bardzo kontaktuje. Tak sobie tylko coraz: ciszej łka. Kiedy wykonałem polecenie mojej dziewczyny, ta wydała kolejny rozkaz
- Znajdź Harrego. Z tego co wiem szukał Kat, martwił się o nią kiedy nie znalazł jej w pokoju- wykrzywiłem twarz w grymasie- Nie marudź mi się tu, tylko znikaj. Ja spróbuje z nią porozmawiać- przelotnie przytuliłem Car, po czym udałem się na poszukiwania chłopaka, którego nienawidziłem najbardziej na świecie.

Katlin
- Katlin, Kochanie co się stało? Proszę, powiedz mi. Jestem twoją najlepszą przyjaciółką, wiesz, że jestem tu dla Ciebie- odrętwiale słuchałam zapłakanej Caroline, która od jakiś piętnastu minut prowadziła monolog. Właściwie to błagała mnie żebym się odezwała, ale ja nie potrafiłam. Znacie to uczucie kiedy wszystko to co mieliście w jednej sekundzie po prostu znika? Jeśli nie to wiedźcie, że jesteście szczęściarzami. Zapatrywałam się tępo w przestrzeń, żadne dźwięki do mnie nie docierały. Pomijam tutaj moją przyjaciółkę, która zrzędziła mi tym swoim piskliwym głosem. Nie mam pojęcia, czy zdawała sobie sprawę z tego, że ja i tak nie mam najmniejszego zamiaru się odezwać. Musiałam pobyć w samotności, co nie do końca oznaczało, że nie chciałam, aby nikogo przy mnie nie było. Nie wiem czy to zrozumiecie, ale mój tok myślenia nie jest w tej chwili czymś zrozumiałym, nawet dla mnie.
- Katlin, co się stało?- zapytał Harry potrząsając moimi ramionami. Kolejny, który na siłę będzie chciał wyciągnąć coś ze mnie.
- Wątpię, żeby się odezwała- odezwała się zrezygnowała Caroline- Próbuję od piętnastu minut.
- Mam nadzieję, że mi coś powie- powiedział Hazz przeczesując ręką włosy.
- NIKOMU NIC NIE POWIEM, CZY WY NIE POTRAFICIE TEGO ZROZUMIEĆ?- krzyknęłam ile sił w płucach. Nie wiem czemu to robiłam, ale wydaje mi się, że miałam dosyć ich obojga. Niepewnie wstałam i nieco się chwiejąc poszłam szukać Justina. Nie wiem dlaczego udałam się akurat do niego, ale miałam dziwne przeczucie, że w nim znajdę wsparcie. Tak, jestem pierdolnięta mając nadzieję, że znajdę oparcie w chłopaku, który zwyzywał mnie od dziwek. Potrzebowałam w tej chwili osoby, która nie patrzyłaby na mnie współczującym wzrokiem, a brunet wydawał się być do tego idealnym kandydatem. Taki dupek bez serca nie może przecież mieć uczuć.
- Piłeś?- zapytałam słabym głosem Justina, którego szukanie zajęło mi z dziesięć minut.
- Nie..- zmarszczył brwi w dezorientacji.
- Mógłbyś mnie zawieść do domu?
- Emm, a Harry lub Car nie mogą?- zapytał wyraźnie zdziwiony.
- Udajmy, że tego nie było- odezwałam się bezbarwnym tonem.
- Nie, nie, czekaj- odezwał się za mną złotooki kiedy odwróciłam się, mając zamiar ulotnić się w jakieś spokojne miejsce, gdzie nikt mnie nie znajdzie- Odwiozę Cię- dokończył kiedy odwróciłam się w jego stronę.
- Dziękuję- powiedziałam z prawdziwą wdzięcznością. Wolnym krokiem udaliśmy się w stronę samochodu Justina. Niestety nie dane było nam przebyć tej drogi w spokoju, gdyż mniej więcej w połowie zaatakowali nas Hazz i Car.
- Katlin!- krzyknął Harry- Gdzie ty z nim idziesz? Pojebało Cię do reszty?
- Nie tym tonem kolego- odezwał się nastroszony Justin- Twoja dziewczyna poprosiła mnie po prostu o podwózkę do domu. Nie moja wina, że woli mnie od Ciebie- dodał mniej miłym tonem.
- Kat, to prawda?- oburzyła się moja najlepsza przyjaciółka. Czy oni do cholery nie rozumieją, że nie mam ochoty na te ich durne dyskusje?
- CZY MOŻECIE SIĘ DO JASNEJ CHOLERY ZAMKNĄĆ?- krzyknęłam ile sił  w płucach- Tak, poprosiłam Justina o to, by mnie zabrał do domu, a wiecie dlaczego? Bo nie mam ochoty patrzeć na wasze twarze, na których wymalowane jest współczucie, którego nie potrzebuję.
- Katlin..- zaczął mój chłopak, ale nie dane było mu skończyć.
- Nie przerywaj mi. Jasne?- kiedy pokiwał w pośpiechu głową kontynuowałam - Jadę z Justinem, od Was nic nie chcę. Jesteście pijani, tak poza tym. Muszę pobyć w towarzystwie osoby, której nienawidzę. A teraz wybaczcie, śpieszy mi się- dokończyłam w pośpiechu, gdyż jak najszybciej chciałam być w drodze do domu. Bez słowa udałam się w stronę samochodu Justina. Dotarłam na miejsce dużo szybciej niż on sam. Kiedy tylko brunet dołączył do mnie i otworzył pojazd szybko wsiadłam do niego. Lada chwila ruszyliśmy.
***
Jechaliśmy z całkowitej ciszy. Żadne z nas się nie odzywało, co było mi bardzo na rękę. Mogłam spokojnie poukładać swoje myśli. Tata miał wypadek. Nie wiem nic więcej, gdyż rzuciłam telefonem o drzewo. Źle się zachowałam, gdyż mogłam chociaż wysłuchać mojej mamy, ale biorąc pod uwagę jej stan spodziewałam się najgorszego.
- Mogę pożyczyć twoją komórkę?- odezwałam się cienkim głosem.
- Jasne- odezwał się ze słabym uśmiechem, po czym podał mi swojego iPhona.
- Dzięki- powiedziałam, po czym drżącymi palcami wybrałam numer mojej mamy. Bardzo niepewnie przyłożyłam telefon do ucha. Pierwszy sygnał, drugi, trzeci, piąty, poczta głosowa. Spróbowałam jeszcze raz. W momencie, kiedy miałam się rozłączyć ktoś podniósł słuchawkę. Nie była to jednak moja mama.
- Halo?- odezwał się obcy głos.
- Emm- zaczęłam- Dzień dobry, jestem Katlin Megbog, mogłabym rozmawiać z Sophie?
- Niestety obawiam się, że to niemożliwe..
- Dlaczego? Kim pan jest?- zaczęłam panikować.
- Jestem Lucas Dertw, lekarz. Zakładam, że jest pani córką Barta i Sophie. Proszę jak najszybciej przyjechać do szpitala na St. Rewul.
- Czy nie mogę dowiedzieć się teraz o co chodzi?- próbowałam zachować resztki cierpliwości, ale nie mogłam. Nie byłam w stanie. Myślę jednak, że doskonale mnie rozumiecie.
- Niestety, nie mogę udzielić Ci takich informacji przez telefon. Proszę jak najszybciej pojawić się w szpitalu.
- Gdzie jest mama? Co z tatą?- uparcie próbowałam uzyskać jakieś informacje.
- Prawo zabrania…- zaczął lecz mu przerwałam.
- Nie obchodzą mnie żadne zasady lekarzy!- krzyknęłam- Tu chodzi o moich rodziców!
- Rozumiem Cię bardzo dobrze, też chciałbym, aby ktoś udzielił mi takich informacji gdybym był na twoim miejscy jednak nie jest to możliwe, przepraszam. Jest mi naprawdę przykro.
- Niech sobie pan w dupę wsadzi ten swój żal- krzyknęłam po czym się rozłączyłam. Skoro i tak nie miałam usłyszeć ważnych dla mnie informacji nie musiałam rozmawiać z tym głupim debilem, który potocznie nazywany był lekarzem.
- Słuchaj Katlin- odezwał się Justin. Muszę przyznać, że zupełnie zapomniałam o jego obecności- Wiem, że nie powiesz mi o co chodzi i w sumie Ci się nie dziwię. Nie wymagam tego od Ciebie, ale proszę nie rozwal mi telefonu.
 - Jeśli chciałeś choć trochę poprawić mi humor- zaczęłam- to raczej Ci się nie udało.
- Jeśli gadamy o komórkach- odezwał się- z twoim w sumie nic się nie stało, w sensie, ma roztrzaskany ekran, ale poza tym chodzi sprawnie.
- Skąd wiesz? Masz go przy sobie?
- Pozbierałem go- wyjaśnił szybko- Ale dałem go Caroline. Nie spodziewałem się, że tak się sprawy potoczą.
- Ja też nie. Mogę pobawić się twoim? Potrzebuję oderwać się na chwilę od rzeczywistości.
-  Nikt jeszcze nie grzebał mi w telefonie, ale dla Ciebie mogę zrobić wyjątek- puścił mi oczko- Powiedz mi tylko, gdzie jedziemy, bo zakładam, że nie do domu.
- Szpital na St. Rewul i błagam, jak najszybciej.
***
Przed ostatnią godzinę bawiłam się telefonem Justina: przeglądałam jego galerię, muzykę, aplikacje. Muszę przyznać, że byłam lekko zwiedziona kiedy okazało się, że nie ma żadnych swoich samojebek. W sumie to na nie najbardziej liczyłam. Humor nieznacznie mi się poprawił, choć mówiąc, że czuję się lepiej, wcale nie mam na myśli tego, że spadł ze mnie cały ciężar ostatnich wydarzeń. Nadal czułam się okropnie, ale w małym stopniu odezwałam się od tego całego zamieszania, choć na chwilę.
- Katlin, jesteśmy na miejscu- odezwał się Justin, a ja momentalnie zesztywniałam. Oto nadchodzi prawda- Ej, Mała, spokojnie. Nie powiem Ci, że wszystko będzie dobrze, ale będę tam z Tobą. Damy radę, rozumiesz?- powiedział na co pokiwałam niepewnie głową. Gdybym powiedziała, że się boję śmiało mogłabym zostać kłamcą. Prawda była taka, że byłam przerażona, jednak obecność Justina, który szedł obok mnie trzymając mnie za rękę nieco dodawała mi odwagi.
- Dobry wieczór- odezwałam się kiedy tylko dotarliśmy na recepcję- Jestem Katlin Megbog i w tym szpitalu znajdują się moi rodzice.
- Ah tak- powiedziała starsza kobieta drapiąc się po nosie- Drugie piętro. Pokój 129.
- Dziękuję bardzo- powiedziałam ze słabym uśmiechem, po czym pociągnęłam bruneta za rękę. Za cholerę nie chciałam jej puścić. Dodawała mi odwagi i dawała nadzieję. Chyba uderzyłam się w głowę.
- Pamiętaj, że cokolwiek usłyszysz za chwilę jestem tu dla Ciebie i nigdy Cię nie zostawię- szepnął mi do ucha Justin kiedy wchodziliśmy do wskazanego przez recepcjonistę pokoju.
- Dzięki za wsparcie- odezwałam się i biorąc głęboki oddech przekroczyłam próg pomieszczenia.
- Dzień dobry, panienka Megbog, jeśli się nie mylę?
- Oczywiście.
- Proszę sobie usiąść i się rozgościć, czeka nas dłuższa rozmowa. Kim jest ten chłopak? Obcy nie mogą…
- Proszę się z łaski swojej od niego odczepić, jest ze mną i nigdzie się nie wybiera- wycedziłam przez zęby.
- Jak sobie panienka życzy.
- Proszę zaczynać- urwałam mu. Miałam już serdecznie dosyć tych wstępnych gadek.
- Jak już się panienka domyśliła, jestem Lucas.
- Szczegóły- warknęłam. W tamtej chwili obchodziły mnie tylko wieści o tacie,  no i mamie, z którą nie miałam bladego pojęcia co się stało.
- Twój tata miał bardzo poważny wypadek. Trafił tutaj w bardzo ciężkim stanie i niestety..- przerwał na moment- bardzo mi przykro to mówić, ale nie udało nam się go uratować- dokończył, a ja wybuchłam płaczem. Justin zareagował natychmiast. Objął mnie swoim ramieniem i mocno przytulił.
- A co z jej matką?- odezwał się, gdyż ja nie byłam w stanie.
- Przyjechała najszybciej jak mogła, jednak po usłyszeniu złych wieści, zadzwoniła do córki, aby ją poinformować o wypadku.
- A gdzie jest teraz i dlaczego to pan odebrał jej telefon?- dopytywał brunet. Właściwie nie wiem jakim cudem docierały do mnie jakiekolwiek bodźcie ze świata żywych.
- Zemdlała, co mogło zaszkodzić dziecku, dlatego leży na oddziale pod wpływem prochów. Jest w szoku- czekajcie, co?
- O co chodzi? Jakie dziecko?- odezwałam się całkowicie zdezorientowana. Łzy nadal płynęły strumieniami po moich policzkach.

- Sophie Megbog jest w ciąży- powiedział lekarz a mnie zamurowało. Dlaczego to przytrafia się właśnie mi?

***
Jeśli przeczytałeś zostaw komentarz :))

środa, 8 stycznia 2014

Rozdział 12


Katlin

- Coś ty powiedziała?- odezwałam się pełnym strachu tonem. Jeżeli naprawdę widziała co się stało wysypie mnie, bo przecież mnie nienawidzi. Już tyle razy szukała na mnie haka. Świetnie.
- Ty, Justin, jeziorko, lizanko. Dalej nic nie pamiętasz?- powiedziała z cwanym uśmieszkiem wymalowanym na tej jej idealnej twarzyczce.
- Więc to jest teraz twój cel, tak?- odezwałam się niemal płaczliwym tonem, kiedy zauważyłam dezorientację wymalowaną na twarzy mojej byłej przyjaciółki kontynuowałam- Chcesz mnie zniszczyć, wywalić z tej paczki, zająć moje miejsce u boku Harrego. Myślisz, że nie wiem, że od zawsze Ci się podobał? Masz teraz perfekcyjną okazję. Zejdź na dół, powiedz wszystkim prawdę i ah, nie zapomnij mieć podniesionego tonu tak, aby każdy Cię słyszał- mówiłam jak najęta, a z oczu poleciały mi łzy. Nie chciałam, żeby Chloe je zobaczyła dlatego weszłam do pokoju szczelnie zamykając za sobą drzwi. Rzuciłam się na łóżko i zaczęłam ryczeć jeszcze bardziej. Nie mogłam się powtrzymać. W tamtej chwili nienawidziłam siebie za wszystko, nawet za to, że jestem zdolna oddychać.
***
Nie wiem ile czasu spędziłam wypłakując swoje oczy - może dziesięć, piętnaście minut. Nie był to długi okres, ale czułam się jakbym co najmniej dziesięć lat była pogrążona w depresji. Nazwijcie mnie debilką i wyślijcie do wariatkowa, ale czy to nie normalne? Emocje, wiele negatywnych uczuć gromadziło się we mnie już od dawnien, dawna. Wakacje z rodzicami pomogły mi trochę się oderwać, ale to nie wystarczy. Byłam silna zbyt długo, teraz już nie chcę, dlatego płaczę. Kiedy usłyszałam skrzypienie, które sygnalizowało otwieranie drzwi przygotowałam się na najgorsze. Spodziewałam się Harrego, Caroline, Justina, Maxa, Sydney czy Naomi, ale nawet przez myśl mi nie przyszło, że ujrzę Chloe, która zapewne przyszła tutaj tylko po to, żeby poznęcać się nade mną jeszcze trochę.
- Wyjdź- chlipnęłam chowając twarz w poduszkę.
- Chcę porozmawiać- powiedziała spokojnym tonem.
- Po prostu odejdź. Powiedz wszystkim co zrobiłam i weź to co było moje.
- Nie mam zamiaru nikomu nic powiedzieć- odezwała się, a ja aż z wrażenia podniosłam głowę z poduszki i spojrzałam prosto w jej fałszywe oczy.
- Niby dlaczego nie?- odezwałam się z powątpiewaniem. To z pewnością jedna z jej gierek.
- Nie chcę, zresztą nie taki jest plan- powiedziała, po czym szybko urwała.
- Plan?- powtórzyłam, nie mogąc zrozumieć o co jej chodzi.
- Nie ważne, widziałam Was, ale nic z tym nie zrobię. Kiedyś w końcu się przyjaźniłyśmy.
- Dawno i nie prawda- od razu jej przerwałam.
- Po tym, co dla Was zrobiłam mogłabyś być choć trochę miła. Proszę się Katlin, posłuchaj mnie. Ja wiem, że to moja wina, że się od Was oddaliłam, że spieprzyłam naszą więź, i wierz lub nie, ale każdego dnia żałuję, że to zrobiłam, że miałam okropnie nasrane we łbie. Zdaję sobie sprawę z tego, że niemożliwym jest odbudować naszą przyjaźń, ale nawet nie masz pojęcia ja bardzo bym chciała. Brakuje mi wszystkiego, naszych zakupów, wspólnych wypadów, nocek, imprez. Jestem pewna, że to co mówię nic nie zmieni, bo przez te pięć lat wydarzyło się między nami dużo złego, ale proszę, spróbuj choć trochę lepiej mnie traktować.  Nigdy już pewnie nie znajdę tak wspaniałych przyjaciółek jakimi Wy byłyście.- kiedy zakończyła swój monolog byłam w ciężkim szoku. Nigdy w życiu nie spodziewałam się usłyszeć od niej czegoś tak poruszającego. Chcąc nie chcąc, choć już przyzwyczaiłam się do życia bez niej to nadal czasem mi jej brakowało. Chloe jest wartościową i całkiem inteligentną osobą, ale przez to co wydarzyło się przez te pięć długich lat, przez to kim się stała, nie mogę jej wybaczyć i jestem pewna, że Caroline ma takie samo zdanie na ten temat- Okej, widzę, że nie doczekam się odpowiedzi, no ale trudno, chciałam spróbować. Może jak to wszystko przemyślisz będziesz w stanie mi przebaczyć choć w małym stopniu, tak samo Caroline, bo o niej też nie możemy zapominać- powiedziała, po czym wyszła z pokoju. Przez kilka następnych chwil siedziałam oniemiała na łóżku, po czym wgramoliłam się w ciepłą i przyjemną pościel i szlochając zasnęłam.
***
Siedziałam w pokoju wpatrując się w sufit. Dookoła było ciemno. Wszystko czego pragnęłam to cisza, która tej nocy nie była mi dana. Z dołu dochodziły krzyki rozwydrzonych nastolatków, które myślały tylko o tym, aby najebać się w pięć dup. Tak, była sobota. Tak, to właśnie w tej chwili niemal za ścianą odbywała się ‘impreza roku’. Ale ja nie chciałam się bawić. Jedyne o czym potrafiłam myśleć, to to, jak okropna jestem. Czułam do siebie tak wielkie obrzydzenie, że aż mnie mdliło. Przez cały dzień siedziałam ukryta w tym małym pomieszczeniu. Caroline i Harry nieustannie próbowali wyciągnąć mnie na powietrze, ale wcisnęłam wszystkim kit, że mam zatrucie pokarmowe, na no zgodnie stwierdzili, że zostaną ze mną i tak oto przez cały czas rozmawialiśmy. Niedawno wygoniłam ich na dół, ale naprawdę nie wiem, ja długo wytrzymają bez upewnienia się, czy ze mną wszystko w porządku. Są tacy wspaniali, a ja jestem skończoną suką. Co do Justina, to podobno wrócił chwilę po tym jak wyszłam. Nie widziałam się z nim, ale właściwie nie miałam po co. Między nami wszystko skończone. Nie, żeby coś kiedykolwiek było. Mam na myśli, że nie odezwę się do niego już ani słowem, nawet nie będę na niego patrzeć. Jest to chyba najlepsze wyjście z tej sytuacji. Moje rozmyślanie przerwał dźwięk skrzypiących drzwi. Natychmiast zamknęłam oczy i udałam, że śpię.
- Usnęła- szepnęła Chloe. Czekaj, co ona tu niby robi?
- Dobrze- odezwał się Justin. CO TA DWÓJKA MA ZAMIAR ZROBIĆ? Z tego co wiem, to oni nawet ze sobą nie rozmawiają.
- Mam wyrzuty sumienia, naprawdę nie rozumiem, po co to wszystko. Ja nie chcę się w to mieszać- powiedziała zdesperowana i smutna (?) Chloe. WHAT THE FUCK? CO SIĘ DZIEJE?
- Zamknij się. Właściwie dlaczego my tu w ogóle przyszliśmy?- powiedział sfrustrowany Justin podnosząc ton- Mieliśmy rozmawiać o interesach, a wylądowaliśmy w pokoju tej dziwki.
- Nie nazywaj jej tak- skarciła go Chloe- Mieliśmy z nią pogadać, tak tylko chciałam Ci odświeżyć pamięć.
- Ugh, chodźmy stąd- powiedział brunet, po czym usłyszałam zamykanie drzwi. Z wrażenia aż siadłam na łóżko i uszczypnęłam się w nogę. Nie śniłam. O co chodziło? W głowie miałam mętlik. I przepraszam bardzo, jakim prawem Justin nazwał mnie dziwką? Czym sobie na to zasłużyłam? Ah, no tak, wczorajszym wybrykiem, ale on był temu tak samo winny jak ja. Nie wiem co mnie podkusiło, ale zwlokłam się z łóżka, podeszłam do walizki, z której wyjęłam jeansy i ogromną bluzę. Do kieszeni wsadziłam telefon, po czym wyszłam z pokoju. Nabrałam ogromnej ochoty na spacer. Musiałam się przewietrzyć, ponieważ inaczej bym zwariowała. W mojej głowie było zbyt dużo myśli. Po drodze mijałam moich przyjaciół, którzy uśmiechali się wesoło do mnie. Rozejrzałam się dookoła. Właściwie dlaczego ja nie mogę się tak zabawić? Bez wahania sięgnęłam po drinka, którego znalazłam w kuchni. Na szczęście nie spotkałam Harrego, ani Caroline. Byli oni ostatnimi osobami, które pragnęłabym zobaczyć. Wypiłam kilka kolejnych drinków, ale śmiało mogłam powiedzieć, że nie byłam nawet wstawiona. Zbyt dużo w moim życiu wypiłam, żeby być pijana, po pięciu czy sześciu shotach. Niechętnie podniosłam się z kanapy, na której siedziałam i udałam się na zewnątrz. Czułam się o niebo lepiej. Wiem, że nie powinnam pić, ale właściwie to sama nie wiem co mnie naszło. Na zewnątrz było chłodno, ale nie obchodziło mnie to. Udałam się w stronę lasu. Szłam długo. Tak macie rację, kierowałam się w stronę mojego ukochanego jeziorka. Właściwie to zastanawiam się czy dalej jest to moje ulubione miejsce. Po tym co stało się wczoraj raczej nie, chociaż sama nie wiem. Szłam przed siebie i właściwie nie rozglądałam się na boki, więc możecie wyobrazić sobie moje zdziwienie kiedy niemal zderzyłam się z Justinem. Tak, był tam. Siedział pod drzewem ze spuszczoną głową. Pieprzone deja-vu. Prawie na niego weszłam, ale na szczęście w ostatniej chwili, jakieś pięć metrów przed nim zdążyłam popatrzeć przed siebie i zatrzymać się. Właśnie miałam zamiar zawrócić i dyskretnie się wycofać jednak moje szczęście jak zwykle mnie zawiodło i brunet podniósł swój tępy łeb. Nasze oczy na moment się spotkały, ale nie zdążyła upłynąć nawet sekunda kiedy w pośpiechu odwróciłam się napięcie z zamiarem powrotu do domku.
- Zaczekaj chwilę- powiedział Justin zachrypniętym głosem.
- Niby po co?
- Chciałem porozmawiać.
- Myślę, że nie mamy o czym- znów zaczęłam iść.
- Doskonale wiesz, że w rzeczywistości jest zupełnie inaczej.
- Wiesz, problem tkwi w tym, że ja nie chcę z Tobą rozmawiać- dlaczego, do cholery znów się zatrzymałam?
- Pięć minut.
- Nie!
- Proszę.
- Justin, błagam Cię, daj mi spokój. Nie mam ochoty na kolejne wyzwiska, poniżanie i wszystko inne z twojej strony. Skończ tą gierkę, w którą nigdy nie chciałam się wciągać. Nie jesteś tym zmęczony? Miły, a po kilku sekundach wredny chuj? Jak ty to w ogóle robisz? Zachowujesz się jakbyś miał wieczny okres!- powiedziałam niemal na jednym wdechu. Ciągle zastanawiałam się czy wyciągać sprawę rozmowy, którą przez przypadek podsłuchałam. Nie miała pojęcia co zrobić z tym fantem.
- Odpowiem Ci jak przyjdziesz tutaj i usiądziesz- odezwał się, a ciekawość wzięła nade mną górę.
- Masz dwie minuty- ostrzegłam- potem wstaję i odchodzę.
- Spoko- uśmiechnął się słabo, jednak nie był to ten tak dobrze prze mnie znany pewny siebie uśmiech- Wiesz naprawdę nie wiem od czego zacząć- podrapał się po głowie.
- Proponuje od początku- powiedziałam spokojnie, jednak w duszy zachowywałam pewny dystans. Tak na wszelki wypadek.
- No więc chciałem przeprosić.
- Za co?- szybko mu przerwałam.
- Wszystko?
- To znaczy?- dopytywałam.
- Czy możesz się w końcu zamknąć?- brunet podniósł swój ton. Cholerka, my kłócenie się mamy we krwi. Innego wytłumaczenia nie ma.
- Dobra, gadaj- udałam, że patrzę na zegarek, którego w rzeczywistości nie miałam na ręce, ale nikt nie musi tego wiedzieć- minuta- uśmiechnęłam się nieszczerze.
- Nie bądź taka hej do przodu, no, ale wracając do tematu, chciałem przerosić Cię za całokształt. Za wszystko- wyzwiska, poniżenia. No może oprócz tego, że Cię wczoraj pocałowałem, bo tego nie żałuję. Naprawdę chciałbym zacząć..- niestety nie dane było mu skończyć gdyż rozdzwonił się mój telefon. Odruchowo przestałam go słuchać i spojrzałam na wyświetlacz „mamusia”. Wcisnęłam zieloną słuchawkę zupełnie ignorując zdezorientowanego Justina. W słuchawce usłyszałam szloch mojej rodzicielski.
- Co się stało?- krzyknęłam przerażona. Wybaczcie, ale raczej nie płakałaby ze szczęścia.
- T-t-t-w-w-ó-j ta-ta-ta ..
- Co z nim?- powiedziałam, a moje nogi zrobiły się jak z waty.
- M-m-i-a-ł-ł w-y-p-a-a-d-e-e-k – wychlipała, a mi zrobiło się niedobrze.

- Żyje?- zadałam najważniejsze pytanie. Jedyne, które najbardziej mnie obchodziło, ale z drugiej strony to jego bałam się najbardziej. Łzy mimowolnie zaczęły spływać mi po policzkach, kiedy w odpowiedzi mama zaczęła płakać jeszcze bardziej. W przypływie rozpaczy rzuciłam telefonem o najbliższe drzewo. Nogi się pode mną ugięły i upadłam. Nie przejmując się niczym skuliłam się i zaczęłam krzyczeć i płakać. Nic się dla mnie nie liczyło.

***
Jeśli przeczytałeś, zostaw komentarz :))

sobota, 21 grudnia 2013

Rozdział 11


Katlin

Gdy tylko mój umysł zdążył ogarnąć sytuację od razu odepchnęłam od siebie Justina. Wyglądał na tak samo zszokowanego jak ja, jednak w jego oczach przez moment można było dostrzec… zwycięstwo? Sama nie wiem, ponieważ ta iskra znikła tak szybko jak błyskawicznie się pojawiła. Dopiero po chwili dotarło do mnie co tak naprawdę zrobiłam, to znaczy zrobiliśmy, ale w tej chwili nie miało to dla mnie większego znaczenia. Bez słowa wstałam i udałam się na przeciwległy brzeg jeziora, gdzie usiadłam pod drzewem, podkuliłam nogi pod szyje i zaczęłam płakać. Nie mogłam uwierzyć, że sytuacja sprzed niecałego miesiąca się powtarza. Przed oczami miałam strzępki wspomnień z tamtej nocy.
***
Kolejna impreza w tygodniu, ale to w końcu wakacje, więc trzeba się zabawić, prawda? Nigdy nie należałam do spokojnych osób, od zawsze byłam wulkanem energii, który podczas letniej przerwy wybuchał z podwójną siłą.
- Kat, kochanie, czy nie wystarczy na dziś?- zapytał Harry, kiedy zobaczył mnie z kolejnym drinkiem. Właściwie, to nawet nie byłam pijana. Zabawa dopiero się rozkręcała.
- Dopiero piąty- powiedziałam z oburzeniem, na co chłopak przewrócił oczy.
- Jak chcesz, ale po prostu bądź ostrożna, dobrze?
- Kiedy nie jestem?- zapytałam retorycznie, ponieważ w tym samym momencie Caroline podciągnęła mnie za rękę na parkiet. Bawiłyśmy się wspaniale, była to jedna z najlepszych domówek jakie odbyły się w te wakacje. Oczywiście znajdowaliśmy się w domu rodziców Maxa. Wszystko było pięknie, do czasu, kiedy obraz zaczął  mi się zamazywać przed oczami. Caroline, Harry, Max, Sydney, wszyscy gdzieś zniknęli, nie mogłam dostrzec ich w tłumie rozwydrzonych nastolatków. Właściwie to nawet nie pamiętałam kiedy się od nich oddaliłam. Wszystko było nieskładne, niewyraźne. Kręciło mi się w głowie. Miałam wrażenie, że zaraz zemdleję, czy coś w ten deseń. I wtedy zobaczyłam go. Harrego. Starałam się podbiec ku niemu, ale niestety nie mogłam. Ledwo się do niego doczłapałam, a kiedy tylko znalazłam się w jego ramionach złożyłam na jego ustach czuły i pełny pasji pocałunek. Kiedy tak się całowaliśmy, nagle ktoś wykrzyczał moje imię, ale byłam na tyle odurzona, że nie mogłam nawet rozpoznać głosu osoby, która do mnie mówi. Dopiero gdy ktoś odsunął mnie od Harrego i zaczął na mnie krzyczeć mózg powoli mi się oczyścił, ale nie na tyle, by móc zrozumieć co się stało.
- Dlaczego się na mnie drzesz i czemu odsunąłeś mnie od mojego chłopaka?- zapytałam pijackim bełkotem.
- Twojego kogo? Halo, Katlin, otrząśnij się! Ja tu jestem, ja jestem Harry!
- Nie rozumiem- zmarszczyłam brwi.
- Chodź do domu, pogadamy rano.
- Nie zdaje się z nieznajomymi!- zaczęłam krzyczeć jednak wtedy prawdziwy Hazz złapał mnie za rękę i nie zważając na moje protesty pociągnął w stronę wyjścia.
***
Pewnie zastanawiacie się skąd to wszystko wiem skoro twierdzę, że byłam nieobecna tamtej nocy. Odpowiem Wam. Otóż rano mózg przejaśnił mi się całkowicie i powoli mogłam przypomnieć sobie pewne poszczególne detale i skojarzyć fakty. Dodatkowo słyszałam mnóstwo opowieści o tamtej nocy. Wiele wtedy płakałam i  naprawdę nienawidzę siebie za to co wtedy zrobiłam, a teraz jeszcze ten pocałunek z Justinem. Naprawdę nie chciałam tego zrobić, ja go nawet przecież nie lubię. Wtem do głowy uderzyła mi jeszcze jedna myśl. Caroline. Zdradziłam przyjaciółkę, z którą znam się od piętnastu lat. Naprawdę nie wiem jak będę w stanie spojrzeć na siebie w lustro, kiedykolwiek. Nie mam pojęcia ile tak siedziałam i wypłakiwałam oczy, ale gdy tylko robiło mi się trochę lepiej pozbierałam się i udałam w stronę domku. Nie wiedziałam gdzie jest Justin i naprawdę nie obchodziło mnie to. Kutas. Jak mógł zrobić to swojej dziewczynie, mi…sobie? Jak? Łzy znów zaczęły cieknąć strumieniami. Miałam tak wielkie wyrzuty sumienia, że nawet nie wyobrażałam sobie jak mogę spojrzeć w oczy Harremu i Caroline. Przecież tak mocno ich kocham, naprawdę nie chciałam ich zranić. Powiedzieć im od razu? Poczekać? Jak zareagują? To będzie koniec wszystkiego? Retoryczne pytania wędrowały po mojej głowie. Niestety nikt nie mógł mi na nie odpowiedzieć w tej chwili. Byłam naprawdę zmieszana. Nie mogłam przestać myśleć o ustach Justina, tak miękkich i idealnych. KURWA KATLIN ZAMKNIJ SIĘ PIERDOLONA SUKO. Tak bardzo  nienawidziłam siebie w tamtej chwili.
- Czy możesz mi powiedzieć co to było?-  z zadumy wyrwał mnie głos Justina. Przestraszyłam się jak cholera. Nie dość, że jesteśmy w środku nocy w lesie to na dodatek toczyłam zaciętą walkę w moimi myślami. Nie byłam w wstanie go usłyszeć.
- Czy ty jesteś normalny? Zawału przez Ciebie dostałam!- zaczęłam krzyczeć. Naprawdę nie wiem jak mogłam go nie słyszeć. Gdzie są moje wyczulone zmysły, które nigdy mnie nie zawodzą? Ah, no tak. Poszły się pierdolić. Razem z mózgiem. Teraz zostałam tylko ja ze swoimi durnymi pomysłami.
- Przepraszam, nie chciałem.
- Jasne, tak samo jak nie chciałeś mnie pocałować!
- Oh, nie, nie, Moja Droga. To wszystko twoja wina, ty zaczęłaś!
- Żartujesz sobie ze mnie? Ja? JA?
- Tak, ty Kochanie. Nic by się nie wydarzyło, gdybyś się na mnie rzuciła z tymi swoimi łapskami.
- Nie uda Ci się wzbudzić we mnie jeszcze większej winy. I tak czuję się jak nic nie warte gówno.
- Chodzi o to, że nie zapłaciłem?- jego słowa zszokowały mnie kompletnie. W pierwszym momencie nie wiedziałam co powiedzieć, jednak po chwili odzyskałam mój niewyparzony język.
- Jak możesz? Wiesz co? Nie wierzę, że to się dzieje naprawdę. Jak możesz sugerować, że jestem dziwką?
- Przecież mam rację- uśmiechnął się szyderczo- Przynajmniej tak się zachowujesz, więc właściwie mam odpowiedź…- chyba chciał jeszcze coś powiedzieć, ale przerwałam mu strzelając z pięści prosto w jego policzek. Tego było dla mnie za wiele. On nie ma pieprzonego prawa nazywać mnie w ten sposób. Wiedziałam, że miał trochę racji, ale i tak go to nie usprawiedliwiało.
- Czy ty sobie myślisz, że możesz tak po prostu uderzać mnie w twarz kiedy tylko masz na to ochotę?- zapytał Justin ręką trzymając swój bolący policzek. Miałam nadzieję, że zostanie mu po tym wielki siniak.
- Hmm- udałam, że się zastanawiam- Myślę, że mogę, po tym jak zwyzywałeś mnie od dziwek. To było tylko ostrzeżenie.
- Teraz rozumiem. Prawda w oczy kole i dlatego musiałaś się na kimś wyżyć. Właściwie to nawet nie musisz przepraszać. Rozumiem- udał minę współczującego człowieka, a ja myślałam, że za chwilę wyjdę z siebie i stanę obok. Zamknęłam oczy i policzyłam w myślach do dziesięciu. Nie mogę powiedzieć, że ochłonęłam choć trochę, ponieważ wciąż byłam wściekła, ale mogłam panować nad sobą na tyle żeby po prostu odwrócić się i bez słowa udać się w stronę moich przyjaciół, którzy zapewne nadal siedzieli przy ognisku. Szczere powiedziawszy zrobiłam się trochę głodna, ale jednocześnie wiedziałam, że wszystko co przełknę  zwrócę jeszcze szybciej niż nawet zdążę pomyśleć o wzięciu kolejnego kęsa. Nie byłabym w stanie. Nie po tym, co wydarzyło się w przeciągu tych kilku godzin. Kiedy tylko ujrzałam światło emanujące z przygasającego ogniska zaczęłam biec. Chciałam jak najszybciej znaleźć się w ramionach osoby, którą szczerze kochałam. Wiedziałam, że najprawdopodobniej nie przyznam się dziś do tego co zrobiłam, ale muszę zrobić to w najbliższej przyszłości, ponieważ inaczej nie będę mogła normalnie funkcjonować.
- Katlin, Kochanie, co się stało? Co ten Kutas Ci zrobił? Tak długo Cię nie było, że już zaczynałem się martwić- powiedział Harry, kiedy tylko wpadłam w jego ramiona. Na jego słowa rozpłakałam się jeszcze bardziej, nie mogłam znieść bólu jaki odczuwałam w piersi. Nie mogłam uwierzyć, że ponownie zdradziłam osobę, która była dla mnie wszystkim. Poprzednim razem było inaczej, ktoś odurzył mnie tabletką gwałtu i mimo iż nie mogłam sobie wybaczyć tamtego zdarzenia to dzisiejszy pocałunek z Justinem był całkowicie świadomy! A może brunet miał rację nazywając mnie dziwką?
- Nie chcę o tym rozmawiać- odezwałam się zachrypniętym od płaczu głosem. Nie obchodziło mnie, że wszyscy na nas patrzą, przecież przyjaciele są na dobre i na złe, prawda? Na twarzy Caroline mogłam dostrzec złość na Justina- rzecz jasna-, co sprawiło, że miałam ochotę zakopać się pod ziemię i nigdy więcej nie pokazywać publicznie. Zdecydowanie zasługiwałam na zamknięcie z jakiejś piwnicy bez jakiegokolwiek źródła światła, czy życia. Hej, to mógłby być dobry pomysł.
- Zabiję go, przysięgam. Tyle razy powtarzałam mu, że ma być miły, nie dogryzać, ale nie, on zawsze swoje, już ja się z nim policzę- odezwała się Caroline. W normalnym wypadku byłabym jej wdzięczna, ale teraz mogłam odczuwać tylko coraz większe poczucie winy. To było nie do zniesienia, naprawdę.
- Właściwie co się między Wami stało?- zapytała Sydney.
- Nie słyszałaś, że Kat powiedziała, że nie ma ochoty teraz o tym opowiadać?- odezwał się Harry chamskim tonem, za który musiałam go skarcić.
- Nie bądź dupkiem, ona się po prostu martwi- odezwałam się. Mój głos nadal był daleki od normalności.
- Wszyscy jesteśmy zaniepokojeni- powiedział Dean- Dlaczego wasz dwójka nie może po prostu normalnie się dogadywać?
- Też chciałabym to wiedzieć- mruknęłam wtulając się jeszcze mocniej w Harrego.
- Gdzie jest Chloe?- zapytał nagle Petter. On i jego wyczucie czasu.
- Poszła gdzieś już jakiś czas temu. Mówiła, że głowa ją boli, czy coś- powiedział spokojnie Max- chyba Ci jej nie brakuje- dopowiedział po chwili.
- Pewnie, że nie – odpowiedział Petter z dziwnym, bliżej niezidentyfikowanym wyrazem twarzy.
- Przepraszam, że pytam- zwróciła się do mnie Car- Nie wiesz może w którą stronę poszedł Justin? Martwię się trochę o tego kretyna.
- To normalne, jest twoim chłopakiem- wywróciłam oczami- Nie wiem gdzie się udał, znając go wróci pewnie nad ranem i nawet nie waż się przepraszać za to. Jesteśmy przyjaciółkami.
- Wiem, wiem.
- Ja chyba pójdę się położyć- odezwałam się po upływie około 15 minut. Moje powieki zrobiły się ciężkie od płaczu i wszystkiego co wydarzyło się dzisiaj. Dodatkowo potwornie bolała mnie głowa, co jeszcze bardziej pogarszało sytuację- Dobranoc wszystkim!- odezwałam się i wstałam z kolan Harrego.
- Pójdę z Tobą- odezwał się szybko kędzierzawy.
- Zostań, naprawdę. Muszę jeszcze wziąć prysznic i te sprawy- uśmiechnęłam się blado.
- Będę na górze za pół godziny, okej?
- Jasne- powiedziałam, a ten pocałował mnie w czoło. Leniwie udałam się do góry, a kiedy miałam położyć rękę na klamce od mojego i Harrego pokoju zauważyłam Chloe.
- Widziałam Ciebie i Justina- powiedziała, a mnie kompletnie zamurowało.

***
Jeśli przeczytałeś zostaw komentarz :))


niedziela, 15 grudnia 2013

Rozdział 10

Katlin

- Nie rozumiem- powtórzyłam po raz setny, w przeciągu kilku minut- Jak to pojechał wcześniej? Przecież przed chwilą tu był!
- Niemożliwe- Max przewrócił oczami, a ja zmroziłam go wzrokiem. Dlaczego oni robią ze mnie debila?- Wczoraj wieczorem dałem mu klucze, miał jechać rano i posprzątać- powiedział, na co ja miałam ochotę wybuchnąć śmiechem. Justin. Porządki. HAHAHAHA, nie.
- No to się zaraz przekonamy- powiedziałam wyjmując telefon z tylnej kieszeni moich szortów. Bez wahania wybrałam numer bruneta. Odebrał po czterech sygnałach.
- Co jest?- zapytał swoim codziennym tonem.
- Gdzie jesteś?
- No, a gdzie mogę być. Sprzątam ten pieprzony dom od rana!- NO CHYBA KURWA ŻARTUJESZ. Każdy w pomieszczeniu popatrzył na mnie jak na idiotkę, podczas gdy ja zakończyłam połączenie. Policzę się z nim jak się zobaczymy.
- No dobra, może coś mi się przewidziało- mruknęłam- po prostu pijmy tego szampana i zmykajmy.
Podróż mijała nam przyjemnie. Jechałam w samochodzie Harrego, co dla nikogo nie powinno być dziwne. Całą drogę myślałam o tym, dlaczego Justin okłamał swoich przyjaciół i dlaczego zrobił ze mnie debila na oczach wszystkich.
- Kochanie, jesteśmy na miejscu. Wstawaj- powiedział Harry delikatnie potrząsając moim ramieniem. Z trudem otwarłam oczy, czułam się jakoś nieswojo. Nawet nie wiedziałam, kiedy zasnęłam.
- Oh, już- odpowiedziałam. Mój głos był lekko zachrypnięty, jak zawsze gdy się budziłam. Leniwie wygramoliłam się z samochodu, po czym razem z przyjaciółmi udałam się w stronę domu rodziców Maxa, gdzie już jutro miała odbyć się największa domówka ever.
***
Siedzieliśmy wszyscy przy ognisku śmiejąc się w najlepsze. Moje samopoczucie było o niebo lepsze oraz atmosfera, która ostatnimi czasy była trochę napięta została dziś całkowicie rozluźniona. Siedziałam wtulona w Harrego popijając kolejne piwo.
- Jest po 10. Za niecałe dwie godziny kończy się wasza zamiana. Jak się z tym czujecie?- zapytał Dean, pomysłodawca całej tej chorej szopki.
- Szczerze?- odezwałam się jako pierwsza- Nic się nie zmieniło. To było bez sensu nie uważacie?
- Zgadzam się z nią- dodała Car- Nadal nie rozumiem do czego to miało doprowadzić.
- Myślę, że kiedyś to ogarniesz- odezwała się Chloe.
- Czy ktoś pytał Cię o zdanie?- odezwała się moja najlepsza przyjaciółka.
- Po prostu na razie tego nie pojmujecie, ale za jakiś czas, jak wszystko się zmieni, zrozumiecie.
- O czym ty do cholery mówisz?- zapytał się Harry, jednak zamiast naszej dziwki odpowiedział Justin.
- Po prostu za dużo wypiła, jak to ona- wzruszył ramionami- Zamknij się, Chloe.
- Jak chcecie, ale przekonacie się, że mówiłam prawdę.
- Mam ochotę na spacer. Hazz- zwróciłam się do mojego chłopaka- Idziesz?
- Kochanie, nie chcę mi się- przyznał szczerze.
- No kurde, dzięki- przewróciłam oczami- Ktoś chętny? No, no widzę, że będę miała trudny wybór- dodałam z sarkazmem, kiedy nikt nie wyraził chęci- Okej, idę sama- powiedziałam i powoli zaczęłam odchodzić w stronę pobliskiego lasu.
- Uważaj na siebie!- krzyknął na mną Harry. Ah, oh, jak miło z jego strony.
- Kat, poczekaj. Idę z Tobą- powiedział Justin podbiegając do mnie.
- Możesz do mnie dołączyć, ale pod jedynym warunkiem- odezwałam się.
- Jakim?- zmarszczył brwi.
- Nie odezwiesz się ani słowem- powiedziałam, a nasi przyjaciele wybuchli śmiechem.
- Pewnie, jakbyśmy nie wracali zbyt długo to dzwońcie na policję- zażartował, po czym razem udaliśmy się w stronę lasu.
***
Szliśmy w całkowitej ciszy, żadne z nas się nie odzywało, oboje byliśmy pogrążeni we własnych myślach. Być może tylko ja, ale nie to było teraz ważne. Zastanawiałam się, co tak naprawdę miała na zamiana wnieść do naszych żyć. Wszystko podczas niej odbywało się po staremu, wyłączając fakt, że nie spędzałam tak wiele czasu z Harrym jak zazwyczaj. Nie wiem dlaczego, ale martwiły mnie również słowa Chloe. Co miała na myśli? Chyba nie chciałam tego wiedzieć. Ta dziewczyna nie była warta mojej uwagi. Próbowałam sięgnąć pamięcią do czasu, kiedy była jedną z najbliższych mi osób. Na początku- razem z Caroline, oczywiście- byłyśmy nierozłączne. Zawsze na zawsze razem. Wszystko zaczęło psuć się w połowie gimnazjum, kiedy Chloe tak po prostu zaczęła się od nas oddalać, a teraz w ostatniej klasie liceum, wyzywam ją od dziwek, ale nie bez powodu. Podczas tych niecałych pięciu lat wiele się między nami wydarzyło i uwierzcie mam pełne prawo uważać ją za osobę, którą spotyka się pod latarnią. Nie jest to historia na teraz, ale jestem pewna, że kiedyś zagłębię Was w szczegóły.
Razem z Justinem doszliśmy do mojego ulubionego jeziorka, co uświadomiło mi, że przeszliśmy naprawdę spory kawałek drogi, ponieważ to miejsce było oddalone o co najmniej pół godziny marszu od domku Maxa. Usiadłam przy pobliskim drzewie, nie dbając o to, że moje spodnie będą mokre od rosy. Brunet zrobił to samo. Przez chwilę wpatrywaliśmy się w taflę jeziora, na której odbijały się gwiazdy. Byłam tu tak wiele razy, a za każdym razem odkrywam kolejny szczegół, który sprawia, że kocham to miejsce jeszcze bardziej.
- Uwielbiam tą miejscówkę- odezwałam się- Wszystko wokół sprawia, że czuję się lepiej. To miejsce jest dla mnie tak bardzo wyjątkowe. Nie sądzisz, że jest tu niesamowicie?- zapytałam się, na co brunet wzruszył ramionami- Czemu nic nie mówisz?
- Poszedłem z Tobą pod warunkiem, że nie będę się odzywać.
- Głuptasie, przecież to nie było na serio- ups, chyba coś mi się wymsknęło- To znaczy, bardziej chodziło mi o to, żebyś nie był chamem- szybko wyjaśniłam.
- Możesz powtórzyć pierwszą część?- zapytał ze śmiechem Justin. Tylko nie to.
- Mówiłam, że nie do końca to miałam na myśli.
- A wcześniej?- dążył temat.
- Nic, musiałeś się przesłyszeć.
- Nie mogę uwierzyć, że nazwałaś mnie głuptasem. To brzmi tak dziwne- brunet nie mógł powstrzymać chichotu, dlatego szturchnęłam do łokciem w żebra, na co podskoczył.
- Ma to zostać między nami, jasne?- nie chcę widzieć min naszych przyjaciół kiedy dowiedzieli by się o mojej gafie.
- Nie ma problemu, GŁUPTASIE.
- Właściwie, dlaczego dziś okłamałeś przyjaciół i zrobiłeś ze mnie idiotkę?- zapytałam nagle. Musiałam wyjaśnić z nim tą kwestię.
- O co Ci chodzi?- udawał, że nie wie, co miałam na myśli, ale iskierki, jakie pojawiły się w jego oczach mówiły coś innego.
- Nie udawaj.
- Po prostu plany trochę się zmieniły, nie mogłem pojechać wcześniej, ale przecież nic się nie stało, nikt się nie zorientował, że tak naprawdę nie było mnie tu od rana.
- Dla Ciebie wszystko jest okej, a ja kłóciłam się z nimi, że to nie możliwe, bo przecież byłeś tu tam chwilę temu! Skąd wiedziałeś co powiedzieć, gdy dzwoniłam?
- Znam Cię lepiej, niż może Ci się wydawać.
- Bullshit.
- Wcale nie- wywróciłam oczami na jego słowa- Powinienem Cię przeprosić za to.
- Masz rację.
- Przepraszam, okej?
- Spoko, nic się nie stało- uśmiechnęłam- Dlaczego zawsze nie możesz taki być?- wymsknęło mi się zanim zdążyłam ugryźć się w język.
- Wtedy na diabelskim młynie zapytałaś się o to samo- zauważył trafnie.
- Nie rozumiem tego.
- Myślę, że tu nie ma nic skomplikowanego.
- W takim razie jestem tępa, bo nie potrafię tego ogarnąć.
- Chcesz, żebym Ci wyjaśnił?- zapytał na co kiwnęłam potwierdzająco głową. Po chwili zastanowienia kontynuował- Sam tego do końca nie pojmuję…
- Przecież powiedziałeś, że to łatwe!- przerwałam mu ze śmiechem.
- Bądź przez chwilę cicho i daj mi to wyjaśnić.
- Okej, okej- udałam, że zamykam usta na kluczykiem, który wyrzuciłam w krzaki. Tak bardzo dorośle.
- Przy Tobie czuję się tak jakoś inaczej. Nie wiem czemu, ale w twoim towarzystwie nie mogę kontrolować tego kim jestem. Dziwne- słowa Justina naprawdę mnie zszokowały. Nie takiej odpowiedzi się spodziewałam, chociaż gdy się nad tym zastanowię, nie mam pojęcia czego oczekiwałam, ale hej, na pewno nie tego.
- Wow- tylko tyle udało mi się wykrztusić. Wyciągnęłam z kieszeni telefon i spojrzałam na ekran. Było kilka chwil po 23.- Myślę, że powinniśmy wracać. Mogą się o nas martwić.
- Ja uważam, że są na to zbyt pijani.
- Obawiam się, że możesz mieć rację- uśmiechnęłam się szczerze. Czułam się naprawdę dobrze w jego towarzystwie.
- W takim razie możemy posiedzieć tu jeszcze trochę, przecież jest tu tak pięknie- podczas wypowiadania drugiej części zdania zaczął naśladować mój ton.
- Ej, to nie jest śmieszne!- oburzyłam się- Wystarczy, że spojrzysz w bok i już widzisz, że mam rację.
- Ależ oczywiście- w jego głosie można było wyczuć ironię. Czyżbyśmy wracali do normalności?
- Nie wiem, co Car w Tobie widzi, naprawdę.
- Chciałaś powiedzieć „nie wiem, co w Tobie widzę”?- zapytał z głupim uśmiechem.
- Twoje ego, w porównaniu z inteligencją jest zbyt duże, jak Boga kocham- powiedziałam, na co chłopak wybuchł śmiechem.
- Ty nie chodzisz do kościoła.
- Uhg, po prostu się zamknij. Wiesz, że mówiłam w przenośni- powiedziałam, a przez moje ciało przeszedł dreszcz. Ziemia była wilgotna, a powietrze nie było najcieplejsze o tej porze, więc chyba miało prawo być mi zimno, prawda? Ku mojemu zdziwieniu Justin zareagował natychmiast. Szybko ściągnął swoją bluzę, po czym podał mi ją.
- Nie chcę jej- odezwałam się- Teraz ty będziesz marznąć.
- Nie marudź tylko zakładaj. Chcesz, żebym Ci pomógł?- zabawnie poruszył brwiami.
- Nie, dzięki- powiedziałam wywracając oczami. Wzięłam od chłopaka bluzę, po czym szybko przeciągnęłam ją przez moje ciało. Była o dużo za duża i sięgała mi do połowy ud, ale nie przeszkadzało mi to. Dodatkowo pachniała tak pięknie. Nie mogłam stwierdzić czym dokładnie, ale już wtedy wiedziałam, że będzie to jeden z moich ulubionych zapachów.
- Założę się, że teraz myślisz o tym, jak zabójczo ta bluza pachnie- odezwał się Justin. Chyba jednak znał mnie całkiem dobrze.
- Wcale nie- oburzyłam się.
- Przecież wiem, że kłamiesz- odezwał się- A teraz musisz mnie przytulić, bo jak się przeziębię to nie będzie miło- powiedział z dzikim uśmiechem. Z drugiej strony mógł mieć rację, a nie chciałam, żeby był chory czy coś. Car by mnie zabiła.

- Chodź tu- uśmiechnęłam się i otworzyłam moje ramiona. Chłopak bez wahania przybliżył się do mnie, ale w tym jednym pieprzonym momencie stało się coś totalnie dziwnego. Nasze oczy się spotkały. Jego piękne miodowe tęczówki, które nawet w kompletnej ciemności świeciły jak dwa ogniki kontra moje … To było coś niesamowitego. Mimowolnie zaczęliśmy się do siebie zbliżać. Milimetr, potem kolejny i następny. Niemal stykaliśmy się nosami, kiedy Justin zmniejszył odległość między nami do zera. Wiem, że nie powinnam tego robić. Wiem, że będę tego żałować, ale jedyne o czym jestem teraz w stanie myśleć to jego miękkich ustach, idealnie wpasowujących się w moje. Pieprzyć konsekwencje.

***
Jeśli przeczytałeś zostaw komentarz :))

niedziela, 1 grudnia 2013

Rozdział 9

Katlin

Siedziałam w jednym z górnych rzędów zajadając nachosy i oglądając jakiś denny film, na który zabrał mnie Justin. TAK, MAMA ZMUSIŁA MNIE BYM Z NIM POSZŁA. ONA NAWET MI GROZIŁA. Nie miałam wyjścia, musiałam iść. Dodatkowo ten seans był tak słaby, że aż mnie mdliło. Nie wiem dlaczego brunetowi tak bardzo się podobał. Latają sobie z maczetami i siekierami, zabijają ludzi, a potem uciekają psom. Oto fabuła. Uhg, mam dość.
***
Gdy tylko seans dobiegł końca jak najszybciej udałam się do wyjścia. Właściwie to nawet zaczęłam biec, żeby tylko uciec Justinowi. Jak na razie nie zamieniłam z nim ani pół słowa i bardzo chciałabym żeby tak zostało. No, ale moje szczęście…
- Katlin, czekaj!- zawołał Justin po chwili mnie doganiając. Nie zareagowałam na jego słowa, dlatego złapał mnie za ramię i obrócił tak, że stałam z nim twarzą w twarz- Nie słyszysz co do Ciebie mówię?
- Słyszę, ale nie mam zamiaru tracić czas na kogoś takiego jak ty- wypaliłam. Ten dzieciak tak cholernie działał mi na nerwy.
- I tak muszę odwieźć Cię do domu. Obiecałem twojej mamie- uśmiechnął się bezczelnie i przeczesał ręką włosy- Nie chcę się z Tobą kłócić.. – zaczął, ale mu przerwałam.
- Ja chcę żebyś dał mi wreszcie święty spokój. Plotki, które rozpowiadasz, to kogo grasz, po prostu sobie odpuść.
- Nie będziemy rozmawiać tutaj- powiedział spokojnie- Chodź do samochodu.
- Masz coś do ukrycia?
- Czyli chcesz bym zaczął mówić głośno?- powiedział głosem wyższym o kilkanaście tonów. Ludzie, którzy nas mijali gapili się na nas jak na jakiś okaz  w muzeum. Ah, no tak. Stoimy w wyjściu od kina.
- Po prostu się zamknij- jęknęłam. Miałam cholernie dosyć tej całej szopki. Chciałam po prostu być w domu. Czy to tak wiele?
- Właśnie, że nie. Myślisz, że nie wiem o to Tobie nic, a prawda jest taka, że znam Cię lepiej niż ty sama- zaśmiałam mu się prosto w twarz. Chce walki? A proszę bardzo.
- Ciekawe, mów dalej. Wiesz- popukałam się palcem wskazującym po policzku- słyszałam o Tobie wiele różnych rzeczy. Myślę, że mogłyby się zainteresować.
- O czym mówisz?- wydawał się być zmieszany. Pjona, Kat!
- Oh, na przykład o tym, że widziałam Cię z Rebeccą, nie raz, nie dwa. Chciałam Ci przypomnieć, że masz dziewczynę, która jest moją najlepszą przyjaciółką i wystarczy tylko jeden…
- Czy ty mnie szantażujesz? A może ja mam Ci przypomnieć o tym jak przelizałaś się na ostatniej imprezie z pierwszym lepszym gościem na oczach twojego chłopaka? Z pewnością możesz mi prawić kazania- słowa wypływały z jego ust niczym jad, który tak bardzo ranił moje serce. Tamta noc, cóż, wiele jest tu do wytłumaczenia, ale Justin nie miał prawa wyciągać tego tu i teraz! Ludzie, którzy akurat koło nas przechodzili patrzyli na mnie z obrzydzeniem. Nie dziwę im się, sama siebie za to nienawidziłam, ale to nie zmienia faktu, że nie on powinien dawać mi rozgrzeszenie.
- Po prostu odejdź, wygrałeś. Bądź z Siebie dumny- powiedziałam najspokojniej jak umiałam. Wbrew pozorom jego słowa sprawiły mi ból i oczy momentalnie zaszły łzami.
- Ja zawsze jestem górą- powiedział z satysfakcją wymalowaną na twarzy- Niestety muszę jeszcze odwieźć Cię do domu. Chodź za mną- powiedział i ruszył na przód. Nie ruszyłam się z miejsca. Kutas nie będzie mi rozkazywał do cholery!- Jak za chwilę nie ruszysz tej swojej tłustej dupy to przysięgam, pożałujesz- zacisną szczękę, a ja nie wytrzymałam i najzwyczajniej w świecie rozpłakałam się. Jego uwaga odnośnie mojej figury zabrzmiała jak najbardziej serio i wiem, że dokładnie to miał na myśli. Nie była to błaha uwaga Maxa, czy kogokolwiek innego, to było wypowiedziane z jadem i agresją. Od zawsze miałam małe problemy z odżywianiem, a każda taka uwaga sprowadzała mnie coraz bardziej na dno.- A ty czego znowu ryczysz?- jego ton nie był ani trochę łagodny, jednak po chwili dodał-  Wiesz co? Po prostu chodź. Mam już Cię dość.
Tym razem poszłam za Justinem. Nie chciałam zostać ponownie upokorzona. Można powiedzieć, że moja skorupka twardości i pewności siebie, którą zawsze przybierałam w obecności innych przy nim po prostu pękała. Byłam wrażliwa na jego słowa i bardzo nie lubiłam w sobie tej wady.
***
Jechaliśmy ulicami Jacksonville w całkowitej ciszy. Justin nie włączył nawet radia. Nie miałam mu tego za złe, a ani nic.
- Jak podobał Ci się bukiet?- zapytał nagle brunet.
- To od Ciebie?- zapytałam zdziwiona. Tamtego wieczoru, gdy ujrzałam ten drobny upominek, po chwili krótkiego uniesienia zignorowałam to.. Nawet przez myśl mi nie przeszło, że to mogłyby być Justin.
- No, a kto inny- przewrócił oczami.
- Nie wiem- odezwałam się niemalże szeptem. Nie dość, że byłam zmęczona, to jeszcze upokorzona ciągłą dogryzającą gadką bruneta. Mimo, iż święta też nie byłam, w tym akurat momencie moim jedynym marzeniem było pójście spać.
- Dojechaliśmy- oznajmił Justin chwilę po naszej  bardzo krótkiej wymianie zdań.
- Dziękuję za podwózkę- powiedziałam i wygramoliłam się z samochodu. Zdobyłam się nawet na pomachanie mu w geście pożegnania. Gdy tylko przekroczyłam próg domu, od razu zostałam zaatakowana przez mamę setką pytań.
- Co to mało znaczyć kochanie? Jak to nie chcesz iść do kina z tak miłym i uczynnych chłopakiem? O co chodzi z Harrym? Czy to prawda? Justin jest wspaniały! Musimy zaprosić go kiedyś na kolację, twój ojciec z chęcią go pozna- gadała, gadała i gadała, a ja po prostu w milczeniu słuchałam. Gdy już skończyła udałam się do pokoju, gdzie w rogu leżały torby z nowo zakupionymi ubraniami. Wśród nich była ‘sukienka idealna’. Mój tok myślenia jest naprawdę dziecinny, ale gdy tak przymierzałam ją w przymierzalni to wyobraziłam sobie, że jestem księżniczką. Tak, mam 17 lat. Z zamyślenia wyrwał mnie telefon. Odebrałam bez patrzenia kto dzwoni.
- Siema, laska!- odezwał się wesoły głos mojej najlepszej przyjaciółki- Harry mówił Ci już o wyjeździe na weekend?- zapytała nie kryjąc entuzjazmu.
- Eee, a powinien?- zapytałam zdezorientowana.
- Huh- jęknęła- W piątek po szkole jedziemy na trzy dni nad jezioro. Do jednego z tych domków Maxa, przy okazji w sobotę urządzimy imprezę na zakończenie lata!
- Czemu jak zwykle dowiaduję się ostatnia?- postanowiłam ponarzekać.
- Dowiadujesz się czwarta, dla twojej wiadomości- mogę przysiąc, że w tym momencie przewróciła oczami- Awww, jak się cieszę, że jedziesz!- pisnęła
- Przecież ja nic jeszcze nie powiedziałam..
- Uważasz, że jestem głupia czy głupia? Każdy w tym mieście wie, że nie przegapiłabyś takiej imprezy!- niestety miała rację. Za nic nie przepuściłabym takiej okazji.
***
Cały tydzień zlecał bardzo szybko. Może była to radość wywołana wyjazdem, a może to, że ta chora zamiana skończy się już dziś wieczorem, ale miałam tak dobry humor, że nic nie było mi go w stanie zepsuć. Nawet moja mama, która na okrągło potarzała, że Justin jest ideałem, chodzącą perfekcją. Co do bruneta… przez cały tydzień było w miarę spokojnie, to znaczy musiał oczywiście odwalić kilka scen na pół szkoły o tym, że jestem jego dziewczyną, ale pomijając te szczegóły nie było tak źle. Z zamyślenia wyrwał mnie dzwonek do drzwi. Szybko wstałam z łóżka i zbiegłam po schodach na dół. W drzwiach ujrzałam uśmiechniętego Justina. Proszę, tylko nie to.
- Cześć Słońce- powiedział wesoło.
- Nie mów tak do mnie!- oburzyłam się.
- Kocham, gdy się tak złościsz- zagruchał. Czy on się czegoś naćpał?- Ale do rzeczy, nie dlatego tu przyszedłem. Może zaprosisz mnie do środka?
- Chyba śnisz, nie powinieneś przypadkiem szykować się do wyjazdu?
-  Nie jestem babą, biorę co potrzebuję i jestem gotowy, a nie takie „oh może to wziąć, ah, a może nie”- co za Cham! Mówiąc to zaczął naśladować mój ton. Był w tym kurewsko dobry. Cholerka.
- Ej!- oburzyłam się- A tak naprawdę to po co przyszedłeś?
- Najpierw mnie wpuść, albo właściwie to sam wejdę- powiedział, po czym minął mnie w drzwiach i udał się w stronę salonu, gdzie usiadł na kanapie.
- Może jeszcze nogi na stolik założysz?- zapytałam z sarkazmem.
- Nie, dzięki- zmarszczył czoło- Chociaż w sumie..
- Nie, nie, nie!- krzyknęłam. Czemu ten brunet zawsze musi wyprowadzać mnie z równowagi?- Po prostu powiedz po co przyszedłeś. Nie grajmy już w tą chorą grę.
- Ah, no tak- udał, że się zastanawia- Pamiętasz jak wtedy po imprezie powiedziałem Ci, że to będą twoje najlepsze dwa tygodnie?- zapytał. Co dziwne wyglądał całkiem poważnie gdy to mówił. Wróciłam pamięcią do tamtej chwili.
- Tak, a ja wtedy powiedziałam, że nie będą- uśmiechnęłam się- I się nie myliłam.
- Może i nie wszystko wyszło tak jak zaplanowałem, ale mamy jeszcze przed sobą całą noc, nie wiadomo co się wydarzy- uśmiechnął się zalotnie.
- Chcesz żebym Ci powiedziała?- kiwnął potwierdzająco głową- Okej. Rzecz, której jestem pewna w stu procentach to to, że przez ten weekend nawet się do Ciebie nie zbliżę.
- Nigdy nie mów nigdy, Kochanie.
- Wstań i wyjdź- odezwałam się głosem wypranym z emocji. Tak bardzo go nie lubiłam. Justin przewrócił oczami, ale posłusznie wykonał moje polecenie. To znaczy, jego część.
- Myślę, że nie ma sensu jechać pod dom Maxa osobno, kiedy za chwilę ma być zbiórka. Powiemy, że spotkaliśmy się po drodze, albo, że twoja mama poprosiła mnie, żebym Cię odwiózł- nie chciałam tego mówić, ale chyba miał rację. Nie było najmniejszego sensu jechać dwoma samochodami, z tego samego miejsca o tym samym czasie. Zgodziłam się na jego propozycję, ale tylko z tego względu, że.. zresztą nie ważne. Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu Justin zniósł moje rzeczy z góry bez jakiejkolwiek reakcji z mojej strony. Było to bardzo miłe zachowanie, szczególnie jeśli chodzi o bruneta. Kiedy zajechaliśmy pod posiadłość naszego wspólnego przyjaciela nie było jeszcze nikogo. Szybko wysiadłam z samochodu i bez pukania weszłam do domu Maxa i Sydney, która również miała z nami jechać.
- Jeeeestem!- krzyknęłam w progu. Wparowałam do kuchni, po czym wyciągnęłam z lodówki sok pomarańczowy, który zaczęłam pić z gwinta. W wakacje byłam częstym bywalcem w tym mieszkaniu między innymi dlatego, że najlepszym przyjacielem Harrego jest właśnie Max. Zachowują się jak bracia i na dodatek znają się od przedszkola- a ja, jako dziewczyna Hazzy- miałam pełne prawo czuć się tutaj jak najbardziej swobodnie.
- Kogo my tu mamy, naszą małą, niegrzeczną Kat- odezwał się mój przyjaciel, kiedy tylko mnie zobaczył.
- Wszystko tylko nie mała!- oburzyłam się. Okej, był ode mnie wyższy o te 15 centymetrów, ale to jego czyniło wielkim. Sama mierzyłam 170 cm, co jak na dziewczynę jest całkiem dobrym wynikiem.
- Oj, wiesz, że Cię kocham- poczochrał mnie po włosach- Nie wiesz gdzie są wszyscy?- odezwał się w momencie, kiedy reszta naszych przyjaciół weszła radośnie do pomieszczenia, w którym się znajdowaliśmy.
- Nie wiem jak wy, ale ja planuję uczcić ten weekend już teraz- odezwał się Dean wyciągając butelkę szampana.
- Kierujesz- przypomniała mu Chloe, która o dziwo nie wyglądała jak dziwka, którą w rzeczywistości była.
- Nie dziś- uśmiechnął się od ucha do ucha.
- Jak to?- zapytałam zdezorientowana. Z tego co wcześniej ustaliliśmy prowadzić samochody mieli Caroline, Hazz, Max i Dean. Widzę, że mała zmiana planów.
- Zamieniłem się z Petterem- odpowiedział szybko, po czym zaczął majstrować przy szampanie, który w końcu wybuchł. W tym momencie zorientowałam się, że kogoś brakuje.

- Gdzie jest Justin?- zapytałam zdezorientowana. W odpowiedzi każdy popatrzył na mnie jak na idiotkę. Co się do cholery dzieje?

***
Jeśli przeczytałeś zostaw komentarz :))