niedziela, 10 listopada 2013

Rozdział 7

Katlin

Od: Justin
Nie wykręcisz się od tej zamiany tak łatwo, Księżniczko.
Czekam na Ciebie jutro o 8.

Huh, co to w ogóle ma znaczyć? „Nie wykręcisz się”, a chcesz się idioto założyć? Krzyczałam w myślach jednocześnie wchodząc po schodach i targając za sobą stosy różnych zakupów. Ku mojemu zdziwieniu rodzice siedzieli w salonie zawzięcie o czymś dyskutując. Nie, nie była to kłótnia, co muszę przyznać trochę mnie zdziwiło, gdyż w ostatnim czasie moi opiekunowie kłócili się dosyć często. Gdy tylko przekroczyłam próg mojego małego królestwa rzuciłam torby w kąt pokoju, po czym położyłam się na łóżku zamykając oczy. Chciałam napawać się magiczną ciszą, która mnie otoczyła jednak nie było mi to dane.
- Katlin, zejdź proszę na dół - usłyszałam donośny krzyk mojej mamy. Niechętnie wstałam i udałam się w stronę salonu.
- Usiądź- rozkazał mi tata ciepło się do mnie uśmiechając. Posłusznie wykonałam jego polecenie, a ten kontynuował- Postanowiliśmy razem z mamą, że wybierzemy się na wspólne rodzinne wakacje. Zdajemy sobie sprawę z tego, że dawno nie spędzaliśmy razem czasu i chcemy to nadrobić- w tym momencie moje serce zaczęło wywijać piruety.
- Oferta jest Last Minute. Wylatujemy dziś nad ranem. Poinformowałam już twoją dyrektor o twojej tygodniowej nieobecności- dopowiedziała mama, a ja przytuliłam ich mocno.
- Kocham Was mocno! Nie wiecie, jak się cieszę!- powiedziałam wesoło- Właściwie to gdzie lecimy?
- Karaiby. Jeszcze nigdy tam nie byliśmy!- powiedziała radośnie mama, ale wiem, że miała ochotę krzyczeć ze szczęścia. Ona i ja tak kochamy wygrzewać się na słoneczku.
- Jesteście wspaniali!- powiedziałam, po czym cała w skowronkach pobiegłam się pakować. Byłam jak w amoku. Do największej walizki jaką posiadam wrzucałam wszystko- szorty, topy, stroje kąpielowe, kosmetyki, buty i wiele by jeszcze wymieniać. Po wyczerpującym i jakże szybkim spakowaniu potrzebnych mi ubrań postanowiłam zadzwonić do Car, by oznajmić jej dobre wieści. Odebrała po piątym sygnale.
- Nie uwierzysz co się stało!- krzyknęłam zanim zdążyła się odezwać.
- Mam nadzieję, że coś ważnego, bo jak nie to umrzesz jeszcze tej nocy. Wiesz, która jest godzina?- zapytała sennie. Odruchowo spojrzałam na zegarek. 2.34. Upsss.
- Jadę z rodzicami na wakacje!- krzyknęłam ignorując ją.
- Wow, to super. Gdzie i na ile?- zauważyłam, że jej ton się ożywił. Tyle co ta dziewczyna się osłuchała o tym, że moi prawni opiekunowie mają mnie gdzieś to chyba naprawdę nikt nigdy nie słyszał.
- Karaiby. Tydzień- odpowiedziałam niemal skacząc po łóżku, na którym aktualnie siedziałam.
- Nawet nie wiesz jak się cieszę- odpowiedziała radośnie, po czym zrobiła się cisza w słuchawce.
- Jesteś tam?- zapytałam.
- Ominie Cię połowa zamiany- powiedziała Caroline
- Nawet o tym nie pomyślałam, ale to stawia ten wyjazd w jeszcze lepszym świetle!
- Nie dla wszystkich- powiedziała z przekąsem- Justin przynajmniej będzie sam się prowadzał- dodała trochę weselszym tonem.
- KATLIN ZA PÓŁ GODZINY WYCHODZIMY Z DOMU, MAM NADZIEJĘ, ŻE JESTEŚ GOTOWA!- krzyknęłam mama z dołu, na co ja aż podskoczyłam. Nie muszę chyba wspominać, że byłam w tak zwanym prożku.
- Car, muszę kończyć. Odezwę się jutro- powiedziałam, po czym szybko się rozłączyłam. Podłączyłam mojego iPhona do ładowarki, po czym szybkim krokiem udałam się do łazienki, gdzie wzięłam orzeźwiający prysznic. Umyłam włosy, na które nałożyłam całkiem pokaźną ilość odżywki, ogoliłam nogi, po czym szybko wyszczotkowałam zęby, a w ciało wtarłam mój ulubiony balsam. Mokre jeszcze kosmyki związałam w luźny warkocz, który opadał mi na prawe ramię. Postanowiłam odpuścić sobie robienie jakiegokolwiek makijażu, ponieważ nie miało to najmniejszego sensu, poza tym większość moich kosmetyków była już spakowana. W samej bieliźnie wyszłam z łazienki, gdzie spotkałam mamę, która posłała mi spojrzenie typu ‘jak nie będziesz zaraz gotowa, to jedziemy bez Ciebie’, na co posłałam jej buziaka. Szybko zaatakowałam szafę, z której wyjęłam szare dresy Nike i tego samego koloru bluzę z kapturem. Na nogi założyłam moje różowe Air Maxy, a do mojej czarnej nerki wrzuciłam telefon, słuchawki i błyszczyk. Staszczyłam moją wielką walizkę po schodach i z ręką na sercu mogłam powiedzieć, że byłam gotowa do wyjazdu. Rodzice również. Pozostało czekać nam tylko na taksówkę, która lada moment miała nadjechać.
- Kochanie, wyglądasz naprawdę dobrze- skomplementowała mnie mama, na co się uśmiechnęłam. Choćbym nie wiem jak źle się prezentowała moja rodzicielka zawsze powie mi, że wyglądam wspaniale, lub coś w ten deseń.
- Bawię się w dresa- powiedziałam, na co wszyscy zachichotaliśmy. Po chwili usłyszeliśmy dzwonek do drzwi. Wszyscy byliśmy pewni, że to taksówkarz, jednak nie. Okazało się, że w drzwiach stał Justin. Na jego widok szczęka mi opadła.
- Możemy chwilę pogadać?- zapytał.
- Nie widzisz, że jestem zajęta- odpowiedziałam, co w sumie nie było zgodne z prawdą, ale on nie musiał o tym wiedzieć.
- Chwilę- poprosił. Gdyby nie to, że rodzice obserwowali każdy mój ruch powiedziałabym mu, żeby spadał.
- Okej- uległam, po czym wyszłam na zewnątrz zamykając za sobą drzwi. Poczułam jak moje ciepło ogarnia chłód. Noce na Florydzie dają w kość.
- Udanego wyjazdu- odezwał się Justin z cwanym uśmiechem na ustach.
- Skąd wiesz, że  w ogóle gdzieś wyjeżdżam?
- Jestem ubrana w taki, a nie inny sposób. Dodatkowo walizki stoją w przedpokoju.
- Po co przyszedłeś?- odezwałam się ignorując jego odpowiedź.
- Nigdy nie widziałem Cię w takim wydaniu. Wyglądasz korzystnie- powiedział nie zawracając sobie głowy moim poprzednim pytaniem.
- Nie odwracaj kota ogonem- odezwałam się chłodnym tonem.
- O co Ci chodzi?- oblizał usta. To było aż za oczywiste, że grał przede mną głupka.
- Doskonale wiesz.
- Chciałem się pożegnać. Caroline nie umie trzymać języka za zębami.
- Ugh, więc to wszystko? Możesz już iść.
- Nie. Chcę Ci jeszcze powiedzieć, że tak łatwo się nie wywiniesz. Nie myśl sobie, że ten tydzień coś zmieni, że zamiana nie będzie aktualna.
- Niech Ci będzie, a teraz wybacz, taksówka przyjechała- wskazałam ręką na pojazd naszego domu. Mama z tatą zaczęli wychodzić razem z bagażami. Zauważyłam, że tata ciągnie również moją walizkę, za co byłam mu wdzięczna. Uwierzcie, mój bagaż ważył chyba tonę.
- Do zobaczenia Kat. Udanego wyjazdu. - powiedział Justin nakładając kaptur, na swoje włosy, po czym zniknął za rogiem. Udałam się w stronę taksówki, gdzie usiadłam na tylnym siedzeniu. Zauważyłam, że mama zamyka dom, a tata obserwuje każdy jej ruch, chcąc się upewnić, że nasza posiadłość zostanie odpowiednio zabezpieczona. Gdy w końcu wszyscy wygodnie usadowili się na swoich siedzeniach, ruszyliśmy.
***
Podróż na lotnisko minęła nam całkiem przyjemnie i szybko. Ulice w Jacksonville nie są tak bardzo tłoczne o trzeciej nad ranem, porównując do godzin szczytu gdzie dostanie się na drugi koniec miasta graniczy z cudem. Kierowca naszej taksówki był bardzo miły, co chwila opowiadał nam ciekawe i śmieszne anegdoty ze swojego życia. Oczywiście rozpoznał moich rodziców, ale na szczęście nie robił z tego wielkiej dramy.
- Bardzo miło było z państwem jechać- powiedział żegnając się z nami, po czym odjechał z parkingu znajdującego się na granicy lotniska, gdzie jak na tak wczesną porę panował zgiełk. Myślę jednak, że jeżeli chodzi o stacje powietrze nie istnieje taki termin jak godzina. O każdej porze jest mnóstwo ludzi, którzy albo wylatują gdzieś, albo przylatują. Odprawa trwała w nieskończoność, ale warto było, ponieważ po upływie dobrych kilkudziesięciu minut siedzieliśmy w wygodnej pierwszej klasie. Gdy sięgam pamięcią wstecz nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek leciała w innym przedziale. Nie wiem czy to dobrze, czy źle. Kilkunasto-godzinną podróż samolotem prawie całą przespałam. Nie licząc tych momentów, gdzie musiałam udać się do łazienki z powodu doskwierającej mi choroby lokomocyjnej. To była jedna z tych mniej przyjemnych czynności podczas lotu.
***
- Kochanie, jesteśmy na miejscu- przyjemny głos mojej mamy wybudził mnie z objęć Morfeusza. Otworzyłam oczy i przeciągnęłam się. Słońce zewsząd próbowało dostać się na pokład samolotu. Pożałowałam faktu, że ubrałam się tak ciepło. Nie było jednak czasu na smutki i żale, dlatego z wielkim uśmiechem na ustach wyszłam przywitać się z pięknym krajobrazem Karaib.
***
Odebranie naszych bagaży i przejazd do hotelu zajął nam niewiele ponad godzinę. Każdy patrzył na mnie kątem oka ze względu na mój ciepły ubiór. Temperatura powietrza wynosiła około 40 stopni Celsjusza w cieniu. Nie była to dla mnie nowość, gdyż na Florydzie takie temperatury w lato to całkiem normalna sprawa. Gdy tylko ujrzałam nasz apartament moje serce zabiło szybciej. Myślcie co chcecie, ale czasami jestem okropną materialistką. Z okna rozpościerał się widok na wspaniałe morze oraz plażę, na której wylegiwały się dziesiątki osób. Szybko wskoczyłam do łazienki i przebrałam się w mój czarny strój kąpielowy. Na głowę założyłam słomiany kapelusz, który dostałam na urodziny od Naomi oraz na oczy założyłam Ray Bany. Cała w skowronkach pobiegłam na plażę, nie przejmując się, że rodzice nawet nie zdążyli się rozpakować. Opalanie na słonecznych Karaibach to coś, o czym marzyłam przez całe lato.
***
Nie mogę uwierzyć, że siedzę w taksówce powrotnej w Jacksonville. Te wakacje były wspaniałe. Cały czas spędziłam z rodziną, na wygłupach, plażowaniu i zażywaniu kąpieli wodnych. Przez chwilę poczułam się jak za dawnych lat. Dla rodziców byłam tylko ja. Zbliżyliśmy się do siebie przez ten czas.  Przeraża mnie jednak fakt, że już za kilka godzin będę musiała wrócić do przerażającej rzeczywistości i co najgorsze- szkoły. Będę zmuszona nadrobić cały tydzień nieobecności i jeszcze na dodatek być przygotowana na bieżąco. Nie należę do osób, które jakoś specjalnie przykładają się do nauki, jednak w tym roku obiecałam sobie, że to zmienię. Chciałabym mieć średnią, którą mogłabym pochwalić się w collage, do którego wybieram się już za rok. Przed wyjazdem wiedziałam na co się piszę, jednak nie przejmowałam się tym zbytnio. Moje rozmyślania przerwał kierowca oznajmiający nam, że dojechaliśmy. Szybko wysiadłam z niewygodnej taksówki, a widok, który ujrzałam bardzo mnie zadziwił. Moim oczom ukazało się mnóstwo czerwonych róż, które były ułożone na kształt mojego imienia, które okalało serce z białego gatunku tego pięknego kwiatu. Ktokolwiek to zrobił, jest wspaniały.

***
Jeśli przeczytałeś zostaw komentarz :))

niedziela, 3 listopada 2013

Rozdział 6



Katlin

- Kurwa- szepnęłam do siebie. Co ja teraz do cholery mam zrobić? I najważniejsze, co dokładnie Car słyszała- O czym ty mówisz?- udałam zdziwienie, po czym weszłam do mojego domu. Za mną podążyli Caroline i Justin.
- Nie udawaj głupiej- krzyknęła blondynka- Wyraźnie słyszałam, jak mówiłaś „Ty to samo powiesz, Car, okej?”- powiedziała sfrustrowana, a ja zaczęłam się histerycznie śmiać. Nie pytajcie czemu to zrobiłam, bo naprawdę nie wiem. Jedyne co mogę w tej chwili powiedzieć to, to, że Caroline z Justinem patrzyli na mnie jak na wariatkę.
- A tej co?- odezwała się moja najlepsza przyjaciółka, kiedy już przestałam się śmiać. 
- Nie wiem, pewnie przedawkowała rutinoscorbin- powiedział Justin, po czym zaczął chichotać. On sobie tu żarty robi, a ja cały czas nie wiem co powiedzieć.
- Wracając do tematu. Wytłumaczy mi ktoś o co chodzi?
- Oh, to proste- odezwał się miodowo oki i zaczął opowiadać moją zmyśloną historię- Nie złość się na Katlin, bo to moja wina- tymi słowami zakończył swój monolog.
- A o co chodziło z tym „Ty to samo powiesz Car, okej?”
- Po prostu chciałam się upewnić, że powie prawdę i nie skłamie ponownie - tym razem to ja zabrałam głos. Modliłam się, żeby Caroline nam uwierzyła.
- Ugh, macie szczęście, że Was kocham- powiedziała blondynka z szerokim uśmiechem na ustach.- Dobra, ja muszę już lecieć, bo umówiłam się z Naomi na zakupy- powiedziała z uśmiechem, po czym pożegnała się z nami- przytulając mnie i dając Justinowi buziaka w policzek.
- Czekaj, chcę iść z Wami!- odezwałam się. Był to ostatni dzień wakacji. Chciałam spędzić go w gronie przyjaciółek, z którymi mogę poplotkować.
- To bądź u mnie za godzinę- krzyknęła Car zamykając za sobą drzwi. Zakupy to było to, czego z pewnością potrzebowałam. Udałam się na piętro do mojego pokoju. Otworzyłam szafę i zaczęłam przegrzebywać moje ubrania. Jak zwykle nie miałam się w co ubrać.
- Pomóc Ci?- odezwał się wesoło Justin, na co podskoczyłam. Zupełnie zapomniałam o jego obecności.
- Nie rób tego więcej- odezwałam się kiwając w jego stronę palcem wskazującym prawej ręki.
- Czego?- wydawał się być zdziwiony.
- Przestraszyłeś mnie. Zupełnie zapomniałam, że jesteś w tym domu- powiedziałam, na co ten się zaśmiał. Podszedł do mnie i po chwili wyjął z szafy, krótkie, szafirowe spodenki z wyższym stanem i zwykłą, szarą bluzkę z rękawkami trzy czwarte, na której widniał napis „SWAG”.
- W tym będzie Ci ładnie- odezwał się, na co się uśmiechnęłam. A nóż miał rację?
- Dzięki za pomoc, ale teraz zmykaj. Muszę się przygotować.
- Poczekam i podwiozę Cię do Caroline. Daj mi tylko swojego Macbooka.
- Nie trzeba, po prostu idź- powiedziałam zmęczona jego nachalnością. Justin gdy tylko usłyszał moje słowa, podszedł do biurka, wziął z niego laptopa firmy Apple i rozsiadł się na moim ogromnym łóżku. Udałam się w stronę łazienki, bo co innego miałam zrobić? Wiedziałam, że jest uparty i zawsze zrobi to co będzie mu się podobało. Gdy znalazłam się w pomieszczeniu, do którego zmierzałam, pierwszą rzeczą jaką zrobiłam było upewnienie się, że na pewno zamknęłam drzwi na klucz. Zdjęłam z siebie wszystkie ubrania i wskoczyłam pod prysznic. Chłodna woda strumieniami lała się po moim ciele powodując że mój umysł oczyścił się z wszelkich myśli. Niechętnie wyszłam spod prysznica i owinęłam się fioletowym, puchatym ręcznikiem. Umyłam zęby, a ciało nawilżyłam moim ulubionym balsamem. Zdjęłam z siebie ręcznik, po czym włożyłam wybrane przez Justina ubrania. Nałożyłam trochę pudru, rzęsty wytuszowałam maskarą i popsikałam się perfumami od Armaniego. Uśmiechnęłam się do swojego odbicie w lustrze. Byłam gotowa. Wesoła wyszłam z łazienki i udałam się w stronę mojego pokoju, gdzie Justin wciąż siedział na moim łóżku głupio się uśmiechając. Podeszłam do niego i ujrzałam powód, z którego się śmiał.
- Nuda Ci doskwierała, prawa?- powiedziałam spoglądając na jedno z naszych wspólnych zdjęć, które zrobiliśmy sobie wczoraj. Głupek ustawił mi je na tapetę. Prawdę mówiąc fotografia była niesamowicie słodka. Siedzieliśmy na jednej z ławek. Justin obejmował mnie ramieniem, a ja miałam głowę położoną na jego ramieniu. Do tego robiliśmy dzióbki. Uwierzcie mi, Justin robiący taką minę jest najśmieszniejszym człowiekiem na świecie.
- Zmienię ją później, bo teraz nie mam czasu. Chodź- spojrzałam na zegarek- Za pięć minut mam być u Car!- powiedziałam ciągnąc go za rękę. Droga do domu mojej przyjaciółki nie była zbyt długa. Justin stanął kilka domów dalej, ponieważ nie chciałam, żeby Caroline wiedziała, że to jej chłopak mnie podwiózł. Zapukałam do drzwi jej domku, który- biorąc pod uwagę jej zamożnych rodziców- urządzony był całkiem skromnie. Normalnie nie pukam wchodząc do jej posiadłości, ale z racji tego, że jej tata- Paul- był w domu, co wywnioskowałam po samochodzie stojącym na podjeździe, zdecydowałam się to zrobić. Można powiedzieć, że jej ojciec nie przepada za mną, sama nie wiem dlaczego. Zresztą on nie lubi nikogo. Taki tam, stary gbur.
- Od kiedy pukasz?- zapytała wyraźnie zdziwiona Car otwierając mi drzwi i przytulając na powitanie.
- Zawsze, kiedy twój tata jest w domu- odpowiedziałam z lekkim uśmiechem.
- Masz rację. Nie musisz wchodzić, bo i tak już wychodziłam. Poczekasz na mnie w samochodzie?- powiedziała otwierając drzwi do swojego białego BMW X3. Z chęcią przystałam na tą propozycję, ponieważ nie chciałam narażać się na kontakt z Paulem. Ten facet mnie przerażał. Nie musiałam długo czekać w samochodzie, ponieważ Caroline zawsze jest szybka i punktualna. Czego oczywiście nie można powiedzieć o mnie.
- Jestem- powiedziała zadowolona blondynka, po czym ruszyłyśmy. Po drodze podjechałyśmy jeszcze po Naomi, która wydawała się być zdziwiona moją obecnością, ponieważ jak stwierdziła „myślała, że będę miło spędzać czas z Justinem”. Na całe szczęście Car tego nie usłyszała, bo była zajęta śpiewaniem, a raczej wykrzykiwaniem słów piosenki Call Me Maybe, którą uwielbiała. Naprawdę nie rozumiem jej sentymentu do tego utworu. Reszta drogi minęła nam szybko i przyjemnie. Udałyśmy się do naszego ulubionego i zarazem największego centrum handlowego w Jacksonville.
***
Kocham chodzić na zakupy, przymierzać ciuchy i wygłupiać się razem z przyjaciółkami, kiedy jestem w centrach handlowych. Każdego dnia dziękuję Bogu za to, że zesłał mi tak wspaniałych przyjaciół.  
- Chodźmy coś zjeść- odezwała się Naomi- Umieram z głodu!
- Co powiecie na Subway?- zaproponowałam. Mój brzuch również domagał się jedzenia, ale  byłam też niesamowicie zmęczona. Kilka godzin ciągłego chodzenia, przymierzania i wybierania wykończyło mnie kompletnie, ale opłaciło się. Wszystkie cztery byłyśmy obładowane nowymi nabytkami od stóp do głów.
- Jak ja tam dawno nie byłam- odezwała się Caroline i wolnym krokiem udałyśmy się w stronę wspomnianej wcześniej restauracji. Naprawdę lubiłam jeść w Subwayu. Kanapki, które oferują wydawały być się zdrowe. Każda z nas zamówiła po 15 centymetrowej kanapce i coli. Opadłyśmy na wygodne kanapy i w skupieniu i ciszy zaczęłyśmy jeść. Po chwili mój telefon zawibrował, co oznaczało, że dostałam wiadomość.

Od: Dean
Bądźcie za pół godziny w naszym parku.

- Kto napisał?- odezwała się Naomi.
- Dean, chce żebyśmy za 30 minut poszły się z nimi spotkać w parku.
-Yeah, odpisz mu, że za chwilę będziemy- ucieszyła się Naomi. Szczupła brunetka podkochiwała się w blondynie od zawsze, jednak nigdy nie byli razem.

Do: Dean
Pewnie, będziemy tam.

Nie musiałam długo czekać na odpowiedź.

Od: Dean
Czekamy x

W pośpiechu dokończyłyśmy nasze posiłki i udałyśmy się do samochodu Caroline. Wszystkie torby wpakowałyśmy do bagażnika i wygodnie rozsiadłyśmy się na siedzeniach. Podróż do parku nie zajęła nam wiele czasu. Zostawiając nasze zakupy w aucie udałyśmy się w miejsce, gdzie siedzieli nasi przyjaciele.
- Ile można czekać?- odezwał się Petter, gdy tylko przywitałyśmy się ze wszystkimi i zajęłyśmy swoje miejsca.
- Tyle ile trzeba- powiedziałam ze śmiechem, biorąc łyk piwa, które popijał Hazz.
- Właściwie, dlaczego ty siedzisz u Harrego na kolanach?- zwrócił się do mnie zdziwiony Dean. Od naprawdę miał zrytą banię.
- Harreh jest moim chłopakiem, więc to chyba oczywiste- odpowiedziałam z wyrazem twarzy mówiącym ‘jesteś głupi czy głupi’?
- Przecież macie zamianę- odpowiedział jakby to było najoczywistszą rzeczą na świecie- Zmykaj mi już do Biebera- rozkazał na co ja przewróciłam oczami.
- Śmieszny jesteś, wiesz? – powiedziałam chichocząc- Nigdzie się stąd nie ruszam.
- Chcesz się przekonać, że jednak tak?- tym razem do rozmowy z przekąsem wtrącił się Max. Cholerka, dalej był na mnie zły.
- Po prostu tu zostaje- gdy  te słowa zostały wypowiedziane z moich ust, Dean z Maxem wymienili spojrzenia, po czym ten pierwszy podszedł do mnie i wziął na ręce przenosząc w kierunku Justina. Nie pomogły krzyki, uderzenia, nic. Wszyscy tylko mieli niezły ubaw. Dean posadził mnie na kolanach bruneta i następnie podszedł do Caroline, która ze wściekłością w oczach przyglądała się całej scenie. Blondyn złapał ją za rękę i pociągnął przez co wstała. Podprowadził ją do Hazzy, po czym posadził mu na kolanach, na co mój chłopak się skrzywił. Uśmiechnęłam się do siebie w myślach.
- Tak ma zostać- powiedział z zadowoleniem Dean. Przysięgam, że miałam ochotę podbić mu oko. Podejrzewam, znaczy się jestem pewna, że Caroline na pewno by mi w tym pomogła.
- Swoją drogą jestem ciekaw, jak przed całą szkołą będziecie udawać pary- odezwał się znienacka Petter.
- Nie będziemy udawać, to bez sensu- odezwałam się, ze złością wymalowaną na twarzy.
- Tchórzysz? – zapytał z przekąsem Max.
- Po prostu mam tego dosyć- powiedziałam zrezygnowana.
- Nic na to nie poradzę- odezwała się Revena- Sami wpakowaliście się w takie gówno.
-Po prostu stąd pójdę- powiedziałam i podniosłam się- Caroline- zwróciłam się do przyjaciółki, która spojrzała na mnie- podwieziesz mi moje rzeczy jak będziesz wracać?
- Nie, idę z Tobą. Do jutra- odezwała się i pomachała wszystkim. Szłyśmy w całkowitej ciszy. Każda z nas była na swój sposób zła i przygnębiona. Car podwiozła mnie do domu i tam pożegnałyśmy się. Gdy tylko przekroczyłam próg domu mój telefon zaczął wibrować. Wiadomość, którą dostałam przyprawiła mnie o mocne bicie serca. 

***
Jeśli przeczytałeś zostaw komentarz :))

poniedziałek, 21 października 2013

Rozdział 5



Katlin

- Wciąż nie mogę uwierzyć, że zabrałeś mnie do wesołego miasteczka- powiedziałam, urywając pokaźnej wielkości kawałek waty cukrowej, którą chwilę później wepchałam sobie do buzi.
- Wiem, co kochasz- brunet uśmiechnął się jedząc swojego włoskiego loda. Wiem, że pewnie trudno Wam w to uwierzyć, ale byliśmy dla siebie MILI. Po tym jak ujrzałam ten ogromny park rozrywki, do którego Justin mnie zabrał nie umiałam się na niego złościć. Po prostu ubóstwiam takie miejsca. Mogłabym w nich zamieszkać. Nie zrozumcie mnie źle, ale naprawdę mi się to podobało.
- Co powiesz na spacer?- zaproponował, na co kiwnęłam potwierdzająco głową. Myślę, że takiego Justina mogłabym polubić. Leniwie wstałam z ławki i wyrzuciłam patyk po wacie. Była pyszna.
- Gdzie idziemy?- zapytałam, gdy ten delikatnie pociągnął mnie za ramię.
- Pokażę Ci dlaczego kocham to miejsce- odpowiedział tajemniczo. Mijaliśmy kolejne atrakcje parku rozrywki, których tutaj nie brakowało. Spojrzałam na zegarek. 2.47. Kto by pomyślał, że ten czas tak szybko nam zleci. Najdziwniejsze było to, że o tak późnej porze było tu tak wiele ludzi.
- Justin- odezwałam się przerywając przyjemną ciszę, która między nami zapanowała. Chłopak popatrzył na mnie pytającym wzrokiem, na co ja kontynuowałam- Jest noc, a tutaj jest tak wiele osób, dlaczego? Czy ludzie tu pracujący nie potrzebują odpoczynku?- na moje pytanie brunet zaśmiał się przyjaźnie.
- Otwarli to miejsce specjalnie po to by odwiedzać je wtedy, gdy jest ciemno. Zamykają o 3 nad ranem- to wszystko wydawało mi się tak cholernie dziwne. Kto idzie sobie do wesołego miasteczka w nocy?
- Dlaczego ludzie przychodzą tutaj tak późno?
- Zaraz się przekonasz- pociągnął mnie w stronę diabelskiego koła.
- Już zamknięte- odpowiedział mężczyzna w podeszłym wieku.
- Czy mogę prosić pana na słówko?- zapytał grzecznie Justin. Siwiejący staruszek pokiwał głową, po czym razem odeszli na taką odległość, abym nie mogła nic usłyszeć. Nagle usłyszałam donośny głos, dobiegający w głośników, które były rozmieszczone na całej posiadłości:
- Wszystkie osoby proszone są o udanie się w stronę wyjścia. Za pięć minut zamykamy. Życzymy udanej nocy.
- Wsiadajcie- oznajmił mężczyzna, po czym otworzył nam drzwiczki do jednej z małych kabin. Popatrzyłam pytająco na Justina, a ten posłał mi jedynie uśmiech za tysiąc dolarów. Nie czekając ani sekundy wgramoliłam się na miejsce. Justin usiadł obok mnie, co według mnie było absurdem, bo naprzeciwko znajdowała się podobnej wielkości ławka.
- Miłej przejażdżki- oznajmił z uśmiechem mężczyzna i diabelskie koło ruszyło. Bardzo powoli unosiliśmy się w górę. Justin objął mnie ramieniem, na co nie protestowałam. Floryda była gorąca, ale noce bywały chłodne. Oparłam głowę o jego ramię, na co nieznacznie się uśmiechnął.
- Takiego mogłabym Cię polubić- odezwałam się, zanim zdążyłam ugryźć się w język.
- Nie rozumiem.                                                                    
- Chodzi mi o to, że jesteś miły, pozytywnie nastawiony..- rozwinęłam moją myśl.
- Nie gadaj tyle, tylko patrz- pogłaskał mnie po głowie. To co zobaczyłam było piękne. Cała panorama najbliższej okolicy oświetlona tysiącami maleńkich światełek, które w rzeczywistości służyły za latarnie.
- To jest wspaniałe.
- Dlatego Cię tu zabrałem- oblizał usta.
- Jak to jest, że taka osoba jak ty zna takie miejsca?
- A jaką osobą jestem?- zapytał. Bez problemu mogłam ujrzeć ciekawość w jego oczach.
- Zgrywasz takiego bad boya..- nie dane mi było skończyć.
- Ja nim jestem, zresztą moi dziadkowie mieszkają niedaleko.
- Co powiedziałeś temu facetowi, że zgodził się na jeszcze jeden kurs?
- Dowiesz się kiedy indziej, na razie niech pozostanie to tajemnicą.
- Obiecujesz?
- Obiecuję.
***
- Dziękuję Justin za ten dzień, a właściwie noc. To było wspaniałe- powiedziałam gdy tylko dojechaliśmy do mojej posiadłości. Podróż minęła nam spokojnie. Nikt się nie odzywał, każdy był pochłonięty swoimi myślami. Cieszyłam się z takiego obrotu spraw. Chciałabym, żeby taki Justin pozostał na zawsze. Wiedziałam jednak, że to niemożliwe.
- Cała przyjemność po mojej stronie- uśmiechnął się łobuzersko, po czym palcem wskazującym postukał się w policzek.
- Chciałbyś mój drogi, chciałbyś- powiedziałam ze śmiechem. Może i byliśmy na dobrej drodze do stworzenia czegoś w rodzaju przyjaźni, ale po pierwszym udanym dniu nie mam zamiaru dać mu się całować. Z uśmiechem na twarzy wyszłam z samochodu i wchodząc do domu pomachałam Justinowi, na co się uśmiechnął. Po cichu weszłam po schodach i udałam się do łazienki, gdzie zmyłam makijaż, wyszczotkowałam zęby i rozczesałam włosy. Szybko wskoczyłam pod orzeźwiający prysznic, po czym przebrałam się w piżamę. Byłam trochę głodna, jednak nie chciałam robić hałasu. Wolnym krokiem udałam się do mojego pokoju. Świtało już. Zsunęłam rolety i wgramoliłam się pod cieplutką kołdrę. Zasnęłam z ogromnym bananem na ustach.
***
Obudził mnie dźwięk telefonu. Bez patrzenia na ekran odebrałam. Nie zdążyłam nic powiedzieć, bo męski głos zaczął na mnie krzyczeć. Tym razem należał on do Harrego.
- Co ty wczoraj robiłaś z Bieberem!? Wiesz, co mówiłem Ci na jego temat!
- Boże, spokojnie- odezwałam się, w międzyczasie ziewając. Poczułam wyrzuty sumienia. Nie w stosunku do Hazzy, ale do Caroline. Zachowałam się jak idiotka zapominając o niej wczorajszej nocy- To nie tak jak myślicie.
- A jak, do cholery?
- Nie przeklinaj w mojej obecności- to nie było tak, że byłam święta, ale bardzo nie lubiłam, gdy wulgaryzmy wypływały z ust Harrego. To do niego po prostu nie pasowało.
- Ugh, przepraszam- mruknął. Nienawidził kiedy zwracałam mu uwagę.
- Bieber Was okłamał- powiedziałam. Harreh nie ufał brunetowi, którego tęczówki przypominały miód, więc byłam pewna, że mi uwierzy. Caroline zajmę się później.
- W jakim sensie? 
- Po prostu kiedy wychodziłam z domu na spotkanie z Car, spotkaliśmy się pod moim domem. Zaoferował mi podwózkę, a ja się zgodziłam. Po chwili zorientowałam się, że nie wiezie mnie tam gdzie chcę, ale było już za późno. Kłóciliśmy się i kiedy Caroline zadzwoniła zmusiłam go do odebrania, co mu się nie spodobało i postanowił mnie oczernić.
- A gdzie Cię zabrał?- zapytał podejrzliwym głosem.
- Ohh, po prostu jeździliśmy sobie, a gdy stwierdził, że już mu się znudziło odwiózł mnie do domu. Dasz wiarę?
- Co za gnojek!- nie chciałam żeby mój chłopak nazywał tak Justina. Pewnie przez to, że wczoraj zachowywaliśmy się jak osoby, które się przyjaźnią- dam mu popalić.
- Po prostu daj spokój, nic nie rób. Muszę porozmawiać z Car.
- Dlaczego mam nic nie robić? Ten dupek chciał Cię oczernić.
- Po prostu szkoda czasu na niego. Teraz ważniejsza jest Caroline.
- Masz rację. Będę już kończył. Kocham Cię.
- Ja Ciebie też. Papa- szybko zakończyłam połączenie, ponieważ nie lubiłam gdy ktoś rozłączał się pierwszy. Ot tak, taki wybryk. Zwlokłam się z łóżka, po czym napisałam szybkiego SMS do Caroline. Nie chciałam z nią rozmawiać przez telefon w tak ważnej sprawie.

Do: Caroline
Możemy się spotkać?

Na odpowiedź nie musiałam czekać długo.

Od: Caroline
Tak jak wczoraj? -.-

Do: Caroline
Nie. Przyjdź do mnie jak będziesz miała czas. Musimy porozmawiać x

Od: Caroline
Będę jakoś za godzinkę

Postanowiłam nic nie odpisywać na tą wiadomość. Udałam się w stronę kuchni, w celu spożycia śniadania chociaż sądząc, po godzinie – 13.23- powinnam raczej była zjeść obiad. Mniejsza o to. Otworzyłam naszą, jak zwykle pełną lodówkę i sięgnęłam po mleko, a z szafki wyciągnęłam moje ulubione musli. Śniadanie idealne. Po skonsumowanym posiłku włożyłam brudną miskę do zmywarki. W domu panowała głucha cisza. Nikogo nie było. Tata jak zwykle w pracy, mama zresztą też. Ciągle zapracowani. Czasami chciałabym mieć ich chociaż na jeden dzień.  Chodzi mi o to, że moi rodzice praktycznie ciągle mnie olewają. Dla nich jestem tylko osobą, której wystarczy spełnić wszystkie zachcianki, by była szczęśliwa. Dawniej tak nie było. Gdy byłam mniejsza często spędzaliśmy ze sobą czas. Chodziliśmy do kina, wesołego miasteczka, wyjeżdżaliśmy do rodziny. Teraz już nawet nie pamiętam kiedy ostatnio widziałam moich dziadków. Mówię całkowicie poważnie. Odpowiadając na wasze, zapewne nasuwające się pytanie. Nie, nie mogę pojechać do nich sama, gdyż są oni oddaleni o kilka stanów, a w tak długą podróż rodzice samą by mnie nie puścili. Chciałabym mieć takich właśnie opiekunów, jak miałam kiedyś. Potrzebna mi ich miłość, nie pieniądze. Z zamyślenia wyrwał mnie dźwięk dzwonka do drzwi. Caroline. Od razu udałam się do drzwi. Niestety osoba, którą zobaczyłam totalnie mnie zaskoczyła. Macie racje. To był Justin.
- Słuchaj, za chwilę ma przyjść tutaj Caroline, więc z łaski swojej spadaj stąd. Nie chcę więcej kłopotów przez Ciebie- warknęłam na niego.
- Ciebie też miło widzieć- uśmiechnął się, po czym mnie przytulił. PRZYTULIŁ, rozumiecie? Przecież w każdej chwili może pojawić się tu Car! On chyba serio nie ma mózgu- czemu nie odwzajemnisz uścisku?- zagruchał mi do ucha.
- Bo za chwilę przyjdzie tu twoja dziewczyna- odepchnęłam go, na co zachichotał- Widzę, że ty się tym nie przejmujesz. Lepiej wymyśl, co jej powiemy jak się pojawi. No chyba, że pójdziesz i zostawisz mnie z tym samą- powiedziałam. Postanowiłam go wykorzystać. Niech się na coś chłopak przyda.
- Nie zostawię Cię, przecież o tym wiesz- powiedział spokojnie. Upss, nie wiedziałam.
- Dobra. Powiedziałam Hazzie, że- pokrótce opowiedziałam mu moją zmyśloną bajkę- Ty to samo powiesz Car, okej?- pokiwał głową. Mam nadzieję, że nie odpieprzy czegoś tak jak wczoraj- A teraz właź do domu- rozkazałam, jednak to co usłyszałam chwilę potem zmroziło mi krew w żyłach.
- Czy ty właśnie powiedziałaś mu, że ma mnie okłamać!?- krzyknęła rozwścieczona Caroline. Oficjalnie mam przejebane.

***
Jeśli przeczytałeś zostaw komentarz :)